Dzięki niej gorzowska drużyna bardzo zyskała na wartości. Po "trójkach" Oli mistrz Lotos do końca drżał o wynik. W sobotę niespełna 22-letnia koszykarka zadebiutuje w meczu ligowym w naszych barwach przed swoimi kibicami.
- Ola to dobry duch zespołu, obdarzona zdolnościami aktorskimi. Na kadrze żartowałyśmy, że aktorstwo strasznie straciło na tym, że Ola wybrała koszykówkę - opowiadała o nowej zawodniczce AZS PWSZ Sowood Agnieszka Szott. - Jest bardzo waleczna i w ważnych momentach potrafi wziąć na siebie odpowiedzialność za wynik. Myślę, że razem będziemy groźne.
Zawodniczka zdążyła udowodnić, że lepsza jednak z niej koszykarka. Potrzebuje trochę czasu, aby jeszcze lepiej poznać taktykę i zasady gry gorzowskiego zespołu. Pierwsze ligowe spotkanie w Krakowie trochę Oli nie wyszło, ale debiuty zawsze są trudne. Za to w Gdyni Karpińska szalała na całym boisku. Była jedną z liderek drużyny.
Ireneusz Klimczak: W pierwszych pojedynkach w Krakowie i Gdyni przegrywałyście minimalnie. To były naprawdę ładne mecze. Czy nie jesteś trochę zła, że choć raz nie udało się wam zdobyć kompletu punktów? Szczęście było bardzo blisko.
Aleksandra Karpińska: Nie jestem zła, bo nie wolno zapominać, że walczyłyśmy z najlepszymi zespołami w Polsce. Napędziłyśmy stracha mistrzyniom i wicemistrzyniom naszego kraju. Gra na równo z takimi drużynami jest dla nas dodatkową motywacją. Dowodem, że można, tylko trzeba bardziej w siebie uwierzyć.
W Krakowie zabrakło wam trzech punktów, w Gdyni sześciu.
- W meczu z Wisłą po prostu miałyśmy trochę pecha, bo nasz niesamowity pościg w czwartej kwarcie mógł skończyć się powodzeniem. Niestety rywalkom udało się uchronić się przed porażką dzięki akcji obronnej jeden z Amerykanek. Mecz z Lotosem był inny. Tutaj byłyśmy blisko gospodyń prawie przez cały czas. O naszej porażce zdecydowała gorsza gra na tablicach. Gdybyśmy miały po kilka centymetrów więcej lub gdyby mogły zagrać nasze kontuzjowane wysokie dziewczyny to być może wynik byłby inny. Ale nie ma powodów do narzekania. Jeśli walczymy na równi z czołówką to i z innymi powinno być dobrze. Przynajmniej wiemy nad czym musimy mocno pracować i co poprawiać.
Lotos miał w składzie genialną Agnieszkę Bibrzycką.
- Dokładnie wiedziałyśmy, że gra gdyńskiego zespołu opiera się w tej chwili właśnie na niej. To jest jednak świetna zawodniczka, bardzo ciężko ją zatrzymać. Super czytała nasze zagrania. W czwartej kwarcie rzucała najważniejsze punkty. Gdy już dochodziłyśmy Lotos właśnie ona oddała niesamowity rzut z ośmiu metrów, którym załatwiła wygraną dla swojej drużyny.
Optymistyczne, że w Gdyni zagraliśmy na dwie strzelby. To była nowość. W decydujących momentach spotkania naszą jedyną opcją w ataku nie była już, tak jak w poprzednim sezonie, tylko Agnieszka Szott, która zdobyła 20 pkt. Ty dołożyłaś 24 "oczka".
- Zdobycze punktowe moje czy Agnieszki to nie tylko nasza zasługa, ale ciężka praca w obronie i ataku całej drużyny oraz decyzje naszego trenera. Teoretycznie przy takich statystykach powinniśmy wyjść z tego spotkania zwycięsko. Ale cóż. To były wciąż aktualne mistrzynie Polski. 73 pkt zdobyte przez nasz zespół, dużo więcej niż gorzowska średnia, i 24 rzucone przeze mnie nie wystarczyły.
W sobotę znów nie będzie łatwo. Przed swoimi kibicami przyjdzie wam walczyć z trzecim zespołem z podium CCC Polkowice. Może tym razem oprócz ładnej gry dopiszecie do swojego dorobku pierwsze punkty?
- Z Polkowicami zupełnie nieźle wychodziły nam mecz sparingowe, choć graliśmy w nich nierówno. CCC jest na fali, przecież im udało się wygrać w Gdyni. Brązowe medalistki mają prawie samych doświadczonych graczy. My musimy jak najlepiej wykorzystać nasze atuty - fantazję i waleczność. Bardzo chciałabym, abyśmy wygrały choć jednym punktem. Miło zbierać pochwały za ładną grę, ale trzeba też zwyciężać, szczególnie na swoim boisku.
Fot. Piotr Zytnicki/ AG
Fot. Piotr Zytnicki/ AG
Fot. Piotr Zytnicki/ AG
Rozmawiał Ireneusz Klimczak (Gazeta Wyborcza)
