Wybrałyśmy wytrzymamy!
: 01 stycznia 2005, 21:14
Pierwszy nabór do szkoły odbył się lat temu. I od razu okazał się, że oprócz koszykówki będą musiały uczyć się tu zwykłego życia....
- Dziewczyny musiały uprać swoje rzeczy, zrobiły to jak umialyi na trening, zamiast w biało-czerwonych strojach, wyszły wszystkie w różowych – wspomina Remigiusz Koć, trener Szkoły Mistrzostwa Sportowego w koszykówce dziewcząt. – Teraz jest już łatwiej, bo starsze przekazują doświadczenie młodszym. Jesteśmy tu bowiem, jak jedna wielka rodzina.
Pomysł powstania szkoły wyszedł od Stefana Paszczyka, prezesa PKOl, który w ramach ścieżki olimpijskiej zaproponował, by takie placówki sportowe były kuźnią talentów i przedpolem dla reprezentacji seniorek. – Po transformacji ustrojowej upadło wiele klubów, brakowało pieniędzy na szkolenie młodzieży. Pomysł powołania takich szkół był więc strzałem w dziesiątkę, przynajmniej w koszykówce żeńskiej – mówi Janusz Mróz z Polskiego Związku Koszykówki. – Niestety nie wszystkie kluby to rozumieją i straciliśmy kilka talentów, takich jak choćby Agnieszka Szot czy Emilię Lamparską. My przecież nie jesteśmy dla nich konkurencją, a wsparciem. Świetnie zrozumiał to Mieczysław Krawczyk, prezes mistrzyń Polski „Lotos Gdynia”, który najlepsze dziewczyny ze szkoły zatrudnia u siebie w klubie.
Druga w Polsce
Szkoła ma już na swoim koncie wiele znaczących sukcesów. Wychowano tu pokolenie koszykarek, które dziś są trzonem polskiej reprezentacji seniorek – Jednym z lepszych naborów w szkole był rocznik 82’ i nie przypadkowo te dziewczyny zdobyły trzecie miejsce w na mistrzostwach Europy w Cetniewie. Kolejny były już słabsze, choć też możemy się pchwalić zdolnymi absolwentkami. Największym brylantem jest oczywiście [i]Agnieszka Bibrzycka, ale także grająca w klubie mistrzyń Polski – Lotosie Gdynia, Paulina Pawlak czy Ola Chomać –[/i] nie bez dumy opowiada Adam Karwacki, dyrektor Arcus SMS PZKosz.
Właścicielem szkoły jest Polski Związek Koszykówki, jednak w większej części utrzymywana jest, jaki pozostałe tego typu placówki w kraju, za pieniądze MENiS. Ministerstwo otrzymuje kwartalne, półroczne oraz roczne sprawozdania i od tego, jak bardzo są one satysfakcjonujące, przyznawane są fundusze na działanie szkoły – Mam się czym pochwalić, bo nawet byliśmy w czołówce. W ocenie szkoły pod uwagę brane są także losy absolwentek, gdzie studiują, jakie mają osiągnięcia sportowe – dodaje Karwacki.
Dzięki staraniom Elżbiety Dorożyńskiej, prezes fundacji POLKOSZ, szkoła pozyskała sponsora tytularnego – firmę Arcus – Pieniądze otrzymywane od sponsora pragnę wydać na dopieszczenie dziewcząt, na ubrania, kino, wycieczki – mówi pani prezes. – Dziewczyny tak ciężko pracują, że zasługują na wszystko, co najlepsze. Są naszym oczkiem w głowie i mocno ściskamy za nie kciuki.
Młode koszykarki wstają o 6:30, a zajęcia kończą o 19:30. – Taki jest sens szkoły tego typu. W wieku 15 lat jest to dla nich pierwsza ważna życiowa decyzja, bowiem za wolnośc pierwszych lat młodzieńczych trzeba tu zapłacić, ale o tym dziecko musi zdecydować samo, musi być tego pewne, bo inaczej nie wytrzyma – dodaje dyrektor Karwacki.
- Warunki mamy bardzo dobre, nawet łóżka zostały wykonane na miarę, więc nie ma problemu, że się któraś nie mieści – kontynuuje trener Koć. Trener nie ukrywa, że chociaż łóżka wygodne, to praca jest bardzo ciężka. Każda z zawodniczek przynależy do swojego klubu, a oprócz tego jest w szkole i gra w rozgrywkach seniorskich. W praktyce wygląda to tak, że gdy inni uczniowie mają wolny weekend, one grają dwa mecze. Niektóre grają w lidze z seniorkami, a niektóre w okręgu warszawskim z juniorkami. Te, które grają mniej spotkań w lidze muszą bowiem nabierać doświadczenia.
- W całym mikrocyklu treningowym w tygodniu taktyka zabiera zaledwie pół godziny. Reszta to ćwiczenie motoryki, indywidualna technika, obycie z piłką. Dopiero po czterech latach szkolenia można z nimi ćwiczyć taktykę, bo są już na tyle ułożone, że grają na równi z dorosłymi – mówi trener Koć.
Wraz z Romanem Skrzeczem stworzyli niezły team trenerski, który nie tylko potrafi poprowadzić dziewczyny podczas kolejnych spotkań, ale również jest nieoceniony w różnych życiowych sytuacjach swoich podopiecznych. – Na 25 dziewcząt, które skończyły szkołę tylko jedna nie studiuje. Nie jest też tak, że jak zawodniczka kończy szkołę, to przepada bez wieści. Nawet, jak są w Stanach Zjednoczonych, to się odzywają. I wiedzą też, że jak zadzwonią o trzeciej rano, to zawsze im pomogę – mówi Remigiusz Koć.
Dużą wagę przywiązuje się również do nauki. Mają tu pracownię komputerową, język angielski w wymiarze 4 godzin i niemiecki 3 godziny tygodniowo. – Bardzo dobrze nas tu karmią, sam przytyłem nawet dwa kilogramy – odpowiada dyrektor Karwacki. – Dziewczyny też są zachwycone. Poza tym wysokość czesnego – 400 zł miesięcznie, to naprawdę niewiele jak na prestiżową szkołę prywatną.
Wcześniej siedziba szkoły mieściła się w warszawskiej AWF, ale musieli się przenieść. Bardzo dobre warunki znaleźli w podwarszawskich Łomiankach. – Gmina szukała akurat kontrahentów, więc prezes PZKosz, [i]Marek Pałus poprosił bym zainteresował się tymi obiektami.[/i]
Nabór celowy
Za pieniądze obiecane z MENiS dyrektor planuje stworzenie gabinetu odnowy biologicznej. – Wtedy będą miały już wszystko – mówi. – Basen, siłownię oraz piękną halę, w której można rozgrywać nawet mecze międzynarodowe. Szkoda tylko, że tak mało kibiców przychodzi na mecze.
- Przytłacza mnie świadomość zbyt małej selekcji. Okazuje się, że środowisko nie jest aż tak zdeterminowane, by do nas trafiały najlepsze. I niestety coraz mniej dzieci garnie się do ciężkiej pracy – dodaje Karwacki, który w związku z tą sytuacją myśli o otwarciu się na zewnątrz. – Od dwóch lat mamy możność obserwacji obozów treningowych najlepszych zawodniczek z całej Polski. To już krok naprzód. Ale jeszcze nie jestem usatysfakcjonowany, bo wiele dzieci na pewno nam umyka. Poza tym wielu rodziców ma wątpliwości, gdyż rzeczywiście, w tym najtrudniejszym okresie dorastania, ich dzieci muszą poddać się panującym rygorom.
Trenerzy mają, co prawda dobre kontakty ze środowiskiem koszykarskim i „wyławiają” dzieci, z których można zrobić dobrego gracza, jednak jest to kropla w morzu potrzeb. – Nabór jest celowy i staramy się o konkretne zawodniczki obserwowane w reprezentacji kadetek w makroregionach. Co roku siedem przychodzi, siedem odchodzi. W tej chwili 3 najmłodsze są z rocznika 89’, 6 jest z rocznika 88’, 5 z 87’ i 5 z 86’. Kandydatki obserwujemy na obozach szkoleniowych, znamy je i ich możliwości. Później, tak jak teraz najmłodsza Kasia Ćwiklińska z Torunia, przyjeżdżają na 4 dni na testy, ćwiczą z dziewczynami i my oceniamy, czy dziecko ma przyszłość w koszykówce. Jednak tu w szkole trzeba wykonać ciężką harówkę i nie wiadomo, czy to wytrzyma – dodaje Koć.
Na zaproszenie redakcji „Magazynu Olimpijskiego” trener Koć odwiedził turniej minikoszykówki dziewcząt ze szkół podstawowych i uważnie przypatrywał się młodym adeptkom koszykówki – są jeszcze za małe, by ocenić, czy za dwa – trzy lata nastąpi progres w rozwoju fizycznym – skomentował trener. – Pod uwagę biorę jednak nie tylko wzrost, bo nie wiadomo, jak dalej będą rosnąć. W tym wieku wszystko jest jeszcze możliwe. Najważniejsza jest motoryka, czyli harmonia ruchów oraz swoista odwaga i zaciętość. Resztę można wpoić i nauczyć – ocenił trener Koć.
Dziewczynom trudno zaaklimatyzować się w szkole, ale jeszcze trudniej odejść. – My też bardzo się do nich przywiązujemy. Zaczynamy pracę o 9 rano i kończymy o 9 wieczorem. Do tego dochodzą wyjazdy, więc tak naprawdę jest się z nimi non stop i człowiek się bardzo wówczas zżywa. Najgorsza jest więc sytuacja, kiedy po komisji szkoleniowej trzeba dziewczynie powiedzieć, że musi odejść, bo nie robi postępów, nie pracuje lub też zatrzymała się w rozwoju koszykarskim. I taka rola spada niestety na trenera – tłumaczy Koć.
Chłopaki? – nie ma mowy!
W ciągu 8 lat zrezygnowała tylko jedna. – Za bardzo tęskniła za chłopakiem. Jej ojciec bardzo mnie wtedy przepraszał – z uśmiechem wspomina dyrektor Karwacki. A dziewczyny przychodzą różne. Są przypadki, że szkołę rozpoczynają całkiem „surowe” w dyscyplinie i dopiero tu uczą się koszykówki. Są sprawne i to ich ratuje. Potem zostają niezłymi zawodniczkami, może nie wybitnymi, ale solidnymi i bojowymi. – Przykładem może być Ania Grabias, która była bardzo sprawną zawodniczką i nauczyła się grać u nas w szkole. Gdy ją skończyła, college amerykańskie były nią bardzo zainteresowane, bo potem na imprezach rangi europejskiej i światowej skauci czy też head hunterzy wyłapują najzdolniejsze i robi się wokół nich ruch. Najlepsze maja szansę wybrać, gdzie chcą grać.
W szkole panują surowe zasady. – Chłopaki? Skąd! Nie ma mowy! – twierdzi dyrektor Karwacki. – Koleżanki owszem, chłopców nie. Dziewczyny mogą wychodzić, ale ja musze wiedzieć, gdzie są i o której wrócą, bo ja za nie odpowiadam. Nie mam złudzeń, że nasza młodzież jest bardzo wyluzowana i z głową w chmurach. Dlatego dbam o nie, jak surowy ojciec.
Wakacji jako takich też nie maja, bo tworzą kadre polski i biorą udział w zgrupowaniach i meczach w reprezentacji. I znów ciężka praca.
Jednak...
Najgorzej jest siedzieć na ławce
- Bardzo chciałyśmy przyjść tu do szkoły! – mówią zgodnie dziewczyny. – Na mecze i na campy przyjeżdżali trenerzy i obserwowali, jak gramy. Potem zapraszali nas do szkoły, były dni otwarte i gdy tu przyjechałam bardzo mi się spodobało – mówi „Mała” (Emilia Kowalczyk). [/b]– Na testach była gra kontrolna. Trenerzy zwracali uwagę na szybkość, zwinność i predyspozycje.
- Skoro przyszłyśmy do szkoły, znaczy, że coś wybrałyśmy i wiemy, że musimy coś poświęcić. Mamy załamania, ale wtedy nawzajem się wspieramy. Różna mamy sposoby i np. organizujemy wspólne pranie skarpetek – dodaje [b]„Bąbel” (Katarzyna Suknarowska).
- Cztery lata to nie jest tak dużo, by je poświęcić, bo potem czeka nas długa kariera – mówi „Jupa” (Justyna Daniel).
- Chciałabym grać w WNBA.
- A ja w pierwszej reprezentacji Polski.
- Ja chce mieć szczęśliwą rodzinę.
O trenerze też mówią zgodnie. – Jest cudowny. Zastępuje nam rodziców. Jak trzeba jest surowy, jak tego potrzebujemy jest kochany. Nasz dzień to monotonia: trening – nauka – nauka – trening, ale jakoś dajemy sobie z tym radę. Ciężko trenujemy, ale organizm się przyzwyczaja. Z kolei jak zmniejszamy obciążenie to czujemy się dziwnie. Czasem siada nam kręgosłup, stawy, ale do tego też można się przyzwyczaić.
Bardzo brakuje nam dyskotek, ale wtedy robimy sobie tańce w internacie. Chłopaki? – Jesteśmy skazane na pięcioboistów, którzy mieszkają piętro wyżej. No i jak pojedziemy do domu...
Chciałybyśmy trafić do takiego klubu, który zapewniłby nam nie tylko finanse, ale również możliwość grania. Najgorzej jest siedzieć na ławce...
Ważnym wydarzeniem w życiu szkoły był awans z rocznikiem 82’ do ekstaraklasy, czyli koszykarskiej elity. – Dziewczyny obcięły mi krawat i myślałem, że go wyrzuciły. Ale na koniec roku dostałem go pięknie oprawiony, z podpisami wszystkich dziewczyn, a wręczyła mi go kapitan zespołu Agnieszka Bibrzycka. Bardzo się wtedy wzruszyłem. Wisi u mnie na najważniejszym miejscu w domu – opowiada trener Koć.
Zwyczajny trener?
Po zakończonym spotkaniu nie mam ostrej reprymendy od trenerów. – Nawet jak przegrają , zawsze dziękuję im za pracę, bo mimo że nie wychodzi, one bardzo ciężko pracują. Nie analizuję występu od razu, bo w tym momencie też ma gorącą głowę – mówi Koć. – Przecież nie wszystkie mają wybitny talent. Jak by tak było, to mielibyśmy tylko takie brylanty, jak Agnieszka Bibrzyucka.
Do dziś wszystkie dziewczyny utrzymają kontakt ze szkołą. – Przysyłają życzenia na święta, dzwonią... Mam takie szczęście, że na dziesięć zawodniczek grających w kadrze Polski seniorek, osiem przeszło przez moje ręce. To ogromna przyjemność, gdy podchodzą i witają się ze mną. One – wielkie gwiazdy, a ja – zwykły trener. Jestem z nich wszystkich bardzo dumny...
Katarzyna Bogumił „Magazyn Olimpijski”
- Dziewczyny musiały uprać swoje rzeczy, zrobiły to jak umialyi na trening, zamiast w biało-czerwonych strojach, wyszły wszystkie w różowych – wspomina Remigiusz Koć, trener Szkoły Mistrzostwa Sportowego w koszykówce dziewcząt. – Teraz jest już łatwiej, bo starsze przekazują doświadczenie młodszym. Jesteśmy tu bowiem, jak jedna wielka rodzina.
Pomysł powstania szkoły wyszedł od Stefana Paszczyka, prezesa PKOl, który w ramach ścieżki olimpijskiej zaproponował, by takie placówki sportowe były kuźnią talentów i przedpolem dla reprezentacji seniorek. – Po transformacji ustrojowej upadło wiele klubów, brakowało pieniędzy na szkolenie młodzieży. Pomysł powołania takich szkół był więc strzałem w dziesiątkę, przynajmniej w koszykówce żeńskiej – mówi Janusz Mróz z Polskiego Związku Koszykówki. – Niestety nie wszystkie kluby to rozumieją i straciliśmy kilka talentów, takich jak choćby Agnieszka Szot czy Emilię Lamparską. My przecież nie jesteśmy dla nich konkurencją, a wsparciem. Świetnie zrozumiał to Mieczysław Krawczyk, prezes mistrzyń Polski „Lotos Gdynia”, który najlepsze dziewczyny ze szkoły zatrudnia u siebie w klubie.
Druga w Polsce
Szkoła ma już na swoim koncie wiele znaczących sukcesów. Wychowano tu pokolenie koszykarek, które dziś są trzonem polskiej reprezentacji seniorek – Jednym z lepszych naborów w szkole był rocznik 82’ i nie przypadkowo te dziewczyny zdobyły trzecie miejsce w na mistrzostwach Europy w Cetniewie. Kolejny były już słabsze, choć też możemy się pchwalić zdolnymi absolwentkami. Największym brylantem jest oczywiście [i]Agnieszka Bibrzycka, ale także grająca w klubie mistrzyń Polski – Lotosie Gdynia, Paulina Pawlak czy Ola Chomać –[/i] nie bez dumy opowiada Adam Karwacki, dyrektor Arcus SMS PZKosz.
Właścicielem szkoły jest Polski Związek Koszykówki, jednak w większej części utrzymywana jest, jaki pozostałe tego typu placówki w kraju, za pieniądze MENiS. Ministerstwo otrzymuje kwartalne, półroczne oraz roczne sprawozdania i od tego, jak bardzo są one satysfakcjonujące, przyznawane są fundusze na działanie szkoły – Mam się czym pochwalić, bo nawet byliśmy w czołówce. W ocenie szkoły pod uwagę brane są także losy absolwentek, gdzie studiują, jakie mają osiągnięcia sportowe – dodaje Karwacki.
Dzięki staraniom Elżbiety Dorożyńskiej, prezes fundacji POLKOSZ, szkoła pozyskała sponsora tytularnego – firmę Arcus – Pieniądze otrzymywane od sponsora pragnę wydać na dopieszczenie dziewcząt, na ubrania, kino, wycieczki – mówi pani prezes. – Dziewczyny tak ciężko pracują, że zasługują na wszystko, co najlepsze. Są naszym oczkiem w głowie i mocno ściskamy za nie kciuki.
Młode koszykarki wstają o 6:30, a zajęcia kończą o 19:30. – Taki jest sens szkoły tego typu. W wieku 15 lat jest to dla nich pierwsza ważna życiowa decyzja, bowiem za wolnośc pierwszych lat młodzieńczych trzeba tu zapłacić, ale o tym dziecko musi zdecydować samo, musi być tego pewne, bo inaczej nie wytrzyma – dodaje dyrektor Karwacki.
- Warunki mamy bardzo dobre, nawet łóżka zostały wykonane na miarę, więc nie ma problemu, że się któraś nie mieści – kontynuuje trener Koć. Trener nie ukrywa, że chociaż łóżka wygodne, to praca jest bardzo ciężka. Każda z zawodniczek przynależy do swojego klubu, a oprócz tego jest w szkole i gra w rozgrywkach seniorskich. W praktyce wygląda to tak, że gdy inni uczniowie mają wolny weekend, one grają dwa mecze. Niektóre grają w lidze z seniorkami, a niektóre w okręgu warszawskim z juniorkami. Te, które grają mniej spotkań w lidze muszą bowiem nabierać doświadczenia.
- W całym mikrocyklu treningowym w tygodniu taktyka zabiera zaledwie pół godziny. Reszta to ćwiczenie motoryki, indywidualna technika, obycie z piłką. Dopiero po czterech latach szkolenia można z nimi ćwiczyć taktykę, bo są już na tyle ułożone, że grają na równi z dorosłymi – mówi trener Koć.
Wraz z Romanem Skrzeczem stworzyli niezły team trenerski, który nie tylko potrafi poprowadzić dziewczyny podczas kolejnych spotkań, ale również jest nieoceniony w różnych życiowych sytuacjach swoich podopiecznych. – Na 25 dziewcząt, które skończyły szkołę tylko jedna nie studiuje. Nie jest też tak, że jak zawodniczka kończy szkołę, to przepada bez wieści. Nawet, jak są w Stanach Zjednoczonych, to się odzywają. I wiedzą też, że jak zadzwonią o trzeciej rano, to zawsze im pomogę – mówi Remigiusz Koć.
Dużą wagę przywiązuje się również do nauki. Mają tu pracownię komputerową, język angielski w wymiarze 4 godzin i niemiecki 3 godziny tygodniowo. – Bardzo dobrze nas tu karmią, sam przytyłem nawet dwa kilogramy – odpowiada dyrektor Karwacki. – Dziewczyny też są zachwycone. Poza tym wysokość czesnego – 400 zł miesięcznie, to naprawdę niewiele jak na prestiżową szkołę prywatną.
Wcześniej siedziba szkoły mieściła się w warszawskiej AWF, ale musieli się przenieść. Bardzo dobre warunki znaleźli w podwarszawskich Łomiankach. – Gmina szukała akurat kontrahentów, więc prezes PZKosz, [i]Marek Pałus poprosił bym zainteresował się tymi obiektami.[/i]
Nabór celowy
Za pieniądze obiecane z MENiS dyrektor planuje stworzenie gabinetu odnowy biologicznej. – Wtedy będą miały już wszystko – mówi. – Basen, siłownię oraz piękną halę, w której można rozgrywać nawet mecze międzynarodowe. Szkoda tylko, że tak mało kibiców przychodzi na mecze.
- Przytłacza mnie świadomość zbyt małej selekcji. Okazuje się, że środowisko nie jest aż tak zdeterminowane, by do nas trafiały najlepsze. I niestety coraz mniej dzieci garnie się do ciężkiej pracy – dodaje Karwacki, który w związku z tą sytuacją myśli o otwarciu się na zewnątrz. – Od dwóch lat mamy możność obserwacji obozów treningowych najlepszych zawodniczek z całej Polski. To już krok naprzód. Ale jeszcze nie jestem usatysfakcjonowany, bo wiele dzieci na pewno nam umyka. Poza tym wielu rodziców ma wątpliwości, gdyż rzeczywiście, w tym najtrudniejszym okresie dorastania, ich dzieci muszą poddać się panującym rygorom.
Trenerzy mają, co prawda dobre kontakty ze środowiskiem koszykarskim i „wyławiają” dzieci, z których można zrobić dobrego gracza, jednak jest to kropla w morzu potrzeb. – Nabór jest celowy i staramy się o konkretne zawodniczki obserwowane w reprezentacji kadetek w makroregionach. Co roku siedem przychodzi, siedem odchodzi. W tej chwili 3 najmłodsze są z rocznika 89’, 6 jest z rocznika 88’, 5 z 87’ i 5 z 86’. Kandydatki obserwujemy na obozach szkoleniowych, znamy je i ich możliwości. Później, tak jak teraz najmłodsza Kasia Ćwiklińska z Torunia, przyjeżdżają na 4 dni na testy, ćwiczą z dziewczynami i my oceniamy, czy dziecko ma przyszłość w koszykówce. Jednak tu w szkole trzeba wykonać ciężką harówkę i nie wiadomo, czy to wytrzyma – dodaje Koć.
Na zaproszenie redakcji „Magazynu Olimpijskiego” trener Koć odwiedził turniej minikoszykówki dziewcząt ze szkół podstawowych i uważnie przypatrywał się młodym adeptkom koszykówki – są jeszcze za małe, by ocenić, czy za dwa – trzy lata nastąpi progres w rozwoju fizycznym – skomentował trener. – Pod uwagę biorę jednak nie tylko wzrost, bo nie wiadomo, jak dalej będą rosnąć. W tym wieku wszystko jest jeszcze możliwe. Najważniejsza jest motoryka, czyli harmonia ruchów oraz swoista odwaga i zaciętość. Resztę można wpoić i nauczyć – ocenił trener Koć.
Dziewczynom trudno zaaklimatyzować się w szkole, ale jeszcze trudniej odejść. – My też bardzo się do nich przywiązujemy. Zaczynamy pracę o 9 rano i kończymy o 9 wieczorem. Do tego dochodzą wyjazdy, więc tak naprawdę jest się z nimi non stop i człowiek się bardzo wówczas zżywa. Najgorsza jest więc sytuacja, kiedy po komisji szkoleniowej trzeba dziewczynie powiedzieć, że musi odejść, bo nie robi postępów, nie pracuje lub też zatrzymała się w rozwoju koszykarskim. I taka rola spada niestety na trenera – tłumaczy Koć.
Chłopaki? – nie ma mowy!
W ciągu 8 lat zrezygnowała tylko jedna. – Za bardzo tęskniła za chłopakiem. Jej ojciec bardzo mnie wtedy przepraszał – z uśmiechem wspomina dyrektor Karwacki. A dziewczyny przychodzą różne. Są przypadki, że szkołę rozpoczynają całkiem „surowe” w dyscyplinie i dopiero tu uczą się koszykówki. Są sprawne i to ich ratuje. Potem zostają niezłymi zawodniczkami, może nie wybitnymi, ale solidnymi i bojowymi. – Przykładem może być Ania Grabias, która była bardzo sprawną zawodniczką i nauczyła się grać u nas w szkole. Gdy ją skończyła, college amerykańskie były nią bardzo zainteresowane, bo potem na imprezach rangi europejskiej i światowej skauci czy też head hunterzy wyłapują najzdolniejsze i robi się wokół nich ruch. Najlepsze maja szansę wybrać, gdzie chcą grać.
W szkole panują surowe zasady. – Chłopaki? Skąd! Nie ma mowy! – twierdzi dyrektor Karwacki. – Koleżanki owszem, chłopców nie. Dziewczyny mogą wychodzić, ale ja musze wiedzieć, gdzie są i o której wrócą, bo ja za nie odpowiadam. Nie mam złudzeń, że nasza młodzież jest bardzo wyluzowana i z głową w chmurach. Dlatego dbam o nie, jak surowy ojciec.
Wakacji jako takich też nie maja, bo tworzą kadre polski i biorą udział w zgrupowaniach i meczach w reprezentacji. I znów ciężka praca.
Jednak...
Najgorzej jest siedzieć na ławce
- Bardzo chciałyśmy przyjść tu do szkoły! – mówią zgodnie dziewczyny. – Na mecze i na campy przyjeżdżali trenerzy i obserwowali, jak gramy. Potem zapraszali nas do szkoły, były dni otwarte i gdy tu przyjechałam bardzo mi się spodobało – mówi „Mała” (Emilia Kowalczyk). [/b]– Na testach była gra kontrolna. Trenerzy zwracali uwagę na szybkość, zwinność i predyspozycje.
- Skoro przyszłyśmy do szkoły, znaczy, że coś wybrałyśmy i wiemy, że musimy coś poświęcić. Mamy załamania, ale wtedy nawzajem się wspieramy. Różna mamy sposoby i np. organizujemy wspólne pranie skarpetek – dodaje [b]„Bąbel” (Katarzyna Suknarowska).
- Cztery lata to nie jest tak dużo, by je poświęcić, bo potem czeka nas długa kariera – mówi „Jupa” (Justyna Daniel).
- Chciałabym grać w WNBA.
- A ja w pierwszej reprezentacji Polski.
- Ja chce mieć szczęśliwą rodzinę.
O trenerze też mówią zgodnie. – Jest cudowny. Zastępuje nam rodziców. Jak trzeba jest surowy, jak tego potrzebujemy jest kochany. Nasz dzień to monotonia: trening – nauka – nauka – trening, ale jakoś dajemy sobie z tym radę. Ciężko trenujemy, ale organizm się przyzwyczaja. Z kolei jak zmniejszamy obciążenie to czujemy się dziwnie. Czasem siada nam kręgosłup, stawy, ale do tego też można się przyzwyczaić.
Bardzo brakuje nam dyskotek, ale wtedy robimy sobie tańce w internacie. Chłopaki? – Jesteśmy skazane na pięcioboistów, którzy mieszkają piętro wyżej. No i jak pojedziemy do domu...
Chciałybyśmy trafić do takiego klubu, który zapewniłby nam nie tylko finanse, ale również możliwość grania. Najgorzej jest siedzieć na ławce...
Ważnym wydarzeniem w życiu szkoły był awans z rocznikiem 82’ do ekstaraklasy, czyli koszykarskiej elity. – Dziewczyny obcięły mi krawat i myślałem, że go wyrzuciły. Ale na koniec roku dostałem go pięknie oprawiony, z podpisami wszystkich dziewczyn, a wręczyła mi go kapitan zespołu Agnieszka Bibrzycka. Bardzo się wtedy wzruszyłem. Wisi u mnie na najważniejszym miejscu w domu – opowiada trener Koć.
Zwyczajny trener?
Po zakończonym spotkaniu nie mam ostrej reprymendy od trenerów. – Nawet jak przegrają , zawsze dziękuję im za pracę, bo mimo że nie wychodzi, one bardzo ciężko pracują. Nie analizuję występu od razu, bo w tym momencie też ma gorącą głowę – mówi Koć. – Przecież nie wszystkie mają wybitny talent. Jak by tak było, to mielibyśmy tylko takie brylanty, jak Agnieszka Bibrzyucka.
Do dziś wszystkie dziewczyny utrzymają kontakt ze szkołą. – Przysyłają życzenia na święta, dzwonią... Mam takie szczęście, że na dziesięć zawodniczek grających w kadrze Polski seniorek, osiem przeszło przez moje ręce. To ogromna przyjemność, gdy podchodzą i witają się ze mną. One – wielkie gwiazdy, a ja – zwykły trener. Jestem z nich wszystkich bardzo dumny...
Katarzyna Bogumił „Magazyn Olimpijski”