Strona 1 z 1

Koszykówka pełni istotną rolę w rodzinie Marców

: 27 stycznia 2006, 20:39
autor: Edzia
Trenerskie małżeństwo

Obrazek
Fot. K. Ziółkowski


Takich koszykarskich rodzin w Polsce nie ma zbyt wiele. Mariola i Leszek Marcowie pracują jako trenerzy. Ona w I-ligowym AZS Wrocław, on jako drugi szkoleniowiec Polfy Pabianice. W tym samym klubie występuje ich córka – 17-letnia Małgosia.

W Polsce koszykarskich małżeństw trenerskich nie ma zbyt wiele. – Oprócz nas są jeszcze państwo Jabłońscy z Poznania – mówią Mariola i Leszek. Oboje parają się trenerką i jest to ich sposób na życie. Pani Mariola prowadzi I-ligowy AZS Uniwersytet Wrocław, a jej mąż pomaga Tomaszowi Herktowi w prowadzeniu Polfy Pabianice. Z tej racji jeszcze nigdy nie stanęli naprzeciw siebie jako trenerzy w oficjalnym meczu. Pierwsza okazja ku temu nadarzyła się w przerwie świąteczno-noworocznej, podczas wrocławskiego turnieju o puchar prof. Józefa Ziółkowskiego. W Polfie przeciw AZS wystąpiła też ich 17-letnia córka Małgosia. – To wyjątkowa sytuacja, gdy siedzę na ławce trenerskiej po jednej stronie, żona po drugiej, a na dodatek w tym meczu gra nasza córka. Rodzina żyje w zgodzie. Koszykówka zawładnęła naszym życiem, ale prywatność też bardzo sobie cenimy – dodaje z uśmiechem Leszek. – W święta połączyliśmy przyjemne z pożytecznym: trenujemy, gramy, a jednocześnie jesteśmy razem.


Poznali się na kadrze

Na przełomie lat 80. i 90. Leszek pracował jako trener z reprezentacją Polski koszykarek. Wówczas kapitanem drużyny była pani Mariola. Poznali się na zgrupowaniu kadry w 1989 roku. – Mariola była moją zawodniczką w reprezentacji do olimpiady w Barcelonie w 1992 roku – wspomina Leszek. Później oboje pracowali w Szwajcarii. Od 1995 roku są małżeństwem. – Często rozmawiamy w domu o koszykówce, bo ona towarzyszy nam na co dzień. Ale są też chwile, kiedy staramy się od niej uciec, odpocząć – dodaje Mariola. Ich córka Małgosia ma obecnie 17 lat. Rodzice nigdy nie namawiali jej do trenowania koszykówki. Mimo to wybrała właśnie basket i ma za sobą już debiut w ekstraklasie. – Chcieliśmy, żeby córka miała jakieś hobby, ale na siłę nie nakłanialiśmy jej do uprawiania koszykówki. Tylko że wychowywała się w specyficznych warunkach, bo już od drugiego roku życia jeździła ze mną na obozy kadry – śmieje się Mariola. Małgosia pierwsze kroki stawiała w MOS Wrocław. Później grała w AZS prowadzonym przez mamę. Ale możliwości szkoleniowe były ograniczone. – Dlatego zdecydowaliśmy się, żeby poszła do Gorzowa, gdzie stworzono klasę sportową na wzór SMS. To była dobra decyzja, ale tylko na rok. Potem pojawiła się możliwość, by Gosia trenowała i uczyła się w Pabianicach i skorzystaliśmy z tego. Mamy nieograniczone możliwości treningowe. Możemy tak sobie ustawić grafik, by koszykówka nie kolidowała ze szkołą – dodaje Leszek.


Trzy domy

Mariola mieszka w stolicy Dolnego Śląska, a jej mąż i córka w Pabianicach, ale w osobnych mieszkaniach. Prowadzą zatem w sumie trzy domy. – Córka ma mieszkanie wraz z koleżanką z zespołu, a ja swoje. Ale to nie zmienia faktu, że zawożę ją i odwożę do szkoły i na treningi. Wykorzystujemy każdy wolny moment, by przyjechać do domu, do Wrocławia. To jest tylko 200 km – tłumaczy Leszek. Na szczęście razem mogli spędzić wakacje, ale nie stronili od koszykówki. Trenowali razem z córką. – Ona szybko robi postępy. Jest bardzo sprytna i wie, o co chodzi w tej grze. Największy postęp zrobiła właśnie podczas wakacji. Uparła się, więc chodziliśmy na boiska asfaltowe na półtorej godziny dziennie. Ćwiczyła wszystko po kolei, poznawała coraz więcej rzeczy. Ma nie tylko talent koszykarski, ale też talent do pracy. A mówią, że rzut ma po mamie (śmiech). Staraliśmy się jej pomagać, ale nie wyręczać. Dobrze się złożyło, że tak szybko zadebiutowała w ekstraklasie – cieszy się Leszek. W Pabianicach postawiono na rozwój młodych koszykarek i Małgosia jest jedną z pięciu, które trenują i ogrywają się przy pierwszym zespole. Jej dobra postawa zaowocowała niedawno powołaniem do juniorskiej reprezentacji Polski. Bardzo dobre zdanie o młodej koszykarce ma też trener Tomasz Herkt: – Jest to duży talent i przy odpowiedniej pracy i determinacji jest w stanie grać na bardzo wysokim poziomie, łącznie z pierwszą reprezentacją. Może grać na pozycjach 3 i 4, a jest obdarzona dobrym rzutem. Jeżeli wychowamy takie solidne zawodniczki, to za dwa, trzy lata będziemy mieli bardzo mocny skład, do którego będzie można dokupić gwiazdy.


Trenerzy z powołania

Leszek w zawodzie trenera pracuje już ponad 20 lat. Przez ostatnich kilka sezonów pracował głównie z mężczyznami, m.in. z reprezentacją Polski juniorów. W maju zastanawiał się nad wyjazdem za granicę, ale zadzwonił trener Herkt z propozycją współpracy. – Za granicą byliśmy już kilka lat i zdecydowaliśmy, że zostaniemy tutaj. Sytuacja jest dobra, Polfa to dobry klub i chcemy razem coś osiągnąć. Z trenerem Herktem bardzo dobrze nam się współpracuje, dobrze się rozumiemy i uzupełniamy. Jesteśmy teraz w lidze na drugim miejscu, przed Lotosem – mówi. – Praca trenerska jest taka, że dziś jestem tu, a za rok w innym miejscu. Ale nie chciałem już wyjeżdżać, by być bliżej domu – dodaje. W przeciwieństwie do niego, żona zaczęła karierę szkoleniową niedawno, bo trzy lata temu. Jej praca poparta jest jednak ogromnym doświadczeniem wyniesionym z parkietów. Sama miała okazję pracować pod okiem wielu świetnych trenerów, a w swoim dorobku ma ponad 250 występów w reprezentacji i medale mistrzostw Europy. Ponadto trzy sezony spędziła w bardzo silnej lidze francuskiej. – Gdy byłem w USA na klinice trenerskiej, znany trener powiedział: Jeżeli byliście zawodnikami, a chcecie rozpocząć karierę trenerską, to zapomnijcie, że graliście. Bo nie można być trenerem, myśląc, pokazując i tłumacząc wszystko tak, jak zawodnik. Te uwagi przekazałem żonie i staram się przekazywać jej moje doświadczenia. Myślę, że z dobrym skutkiem, bo już wychowała dziewczyny, które zostały powołane do juniorskiej kadry Polski – cieszy się Leszek, który zawsze służy małżonce radą. – Zaczęłam pracę szkoleniową od zera. To były dziewczyny zebrane z podwórka, które odpadły w selekcji z MOS Wrocław albo nie miały gdzie grać po rozpadzie Odry. Były w wieku kadetek. Wszystko rodziło się od podstaw – wspomina Mariola. Z czasem udało jej się porozumieć z Uniwersytetem i ten młody zespół dołączył do spadającego wówczas z I ligi AZS Wrocław. Jako klub akademicki nie dostaje jednak żadnych środków z AZS Środowiska. – Pomagają nam tylko władze uczelni i w zasadzie istniejemy tylko dzięki Uniwersytetowi. To połączenie dało nam nowe możliwości.


TOMASZ BRUSIŁO



(źródło: www.slowosportowe.pl )

: 29 stycznia 2006, 15:41
autor: Gwynbleidd
Spoko,Leszek Marzec pomaga i potrafi rozładowac atmosfere w zespole.I zarabiscie tłumaczy co i jak na treningach :lol: Poczucie humoru zabojcze :D