Czytając oświadczenie naszych kadrowiczek (chociaż faktycznie - w szerszym znaczeniu tego pojęcia), na usta ciśnie się cytat z Herberta, a w zasadzie to już Kaczyńskiego.
Straszna im sie krzywda stała, że muszą rywalizować z zagranicznymi koszykarkami o miejsce na parkiecie...
Znamy własną wartość i jesteśmy przekonane, że zarówno my jak i wiele naszych klubowych koleżanek dorównuje, a nawet przewyższa umiejętnościami te zawodniczki. Problem w tym, że wielokrotnie nie daje się nam szansy na udowodnienie tego. Powszechnie przyjęło się, że skoro zakontraktowano zawodniczkę z zagranicy to niezależnie w jakiej kondycji fizycznej przyjeżdża (a zazwyczaj jest ona bardzo wątpliwa) musi grać. Jeśli natomiast zawodzi to na jej miejsce sprowadza się kolejną, z której zrezygnowano w innym klubie lub też powracającą po kontuzji. Czy nie warto dać szansę zarówno młodym Polkom (które oczywiście powinno się szkolić, a nie tylko od nich wymagać) oraz tym doświadczonym, które są bardzo skutecznie deprymowane i odsuwane na dalszy plan w swoich klubach? Co więcej na tle koszykarek zagranicznych stale jesteśmy traktowane jako te gorsze, bez umiejętności i praw do zabrania głosu w jakiejkolwiek sprawie.
Chyba ten fragment wydrukuję i powieszę nad łóżkiem...
Fajnie, że pewne normalne zjawisko uwypukla się i podnosi do miana narodowej tragedii...

To, że Polkowice nie trafiły kilka razy z renomowanymi podkoszowymi, to, że Omanić na koniec okna transferowego sprowadził swoja znajomą Radunović, to, że ŁKS i Odra Brzeg, ewentualnie AZS Poznań brały kogo się da - nie upoważnia do tak ogólnikowych i populistycznych sądów. Wiadomo, że spośród kilkudziesięciu koszykarek trafią sie słabsze - takie pomyłki transferowe zdarzają się też i w Rosji, i w Hiszpanii, gdziekolwiek. Zresztą w silniejszych ekipach sprowadzanie zagranicznych to element wyścigu zbrojeń - każdy chce mieć jeszcze silniejszy skład i przelicytować rywali. W przypadku słabszych drużyn tonący brzytwy się chwyta, tzn. trenerzy kurczowo trzymają sie wersji, że sprowadzane Amerykanki okażą się wybawieniem, a dzieje sie tak nieraz, bo poziom Polek jest niekiedy dramatyczny (ROW, ŁKS, Odra). Już widzę, jak spora część z tych pań (nie mówie tu oczywiście o Bibie, Ewce i Wielebnej, która też sobie poradziła za granicą) wyjeżdża do innego kraju i ciągle narzeka, że jako zagraniczna jest dyskryminowana, bo musi być lepsza od miejscowych. Phillips, Powell, Lewczenko, Basko, Carter, Zoll, Greene, Richards, Weaver, Nnamaka, Wright, Swanier, Babkina, Bjelica, Ross, Mosby, Denson, Maksimović, Gladden, Cheek - to też są odpady? Owszem, część z nich momentami nie zachwycała, ale na palcach jednej ręki można policzyć Polki, które prezentują zbliżoną do nich klasę i potrafiły udowodnić to na parkiecie, mając nieraz po 30 minut i więcej, czemu sprzyjał dotychczasowy przepis i relatywnie niewielka konkurencja w drużynie. Kobryn to absolutny wyjątek. Czy cofnięcie się w rozwoju Tomiałowicz to wina tego, że "tylko" dwie Polki mogły przebywać w ostatnim sezonie na parkiecie? Jeden z formuowiczów z Gdyni pisał chyba, że ona grała głównie z braku laku. Również Skobel miała dużo szans gry, a miałaby jeszcze więcej, gdyby po prostu grała lepiej...
Czasami oglądając jakiś mecz nie jesteśmy do końca przekonane czy jest to mecz polskiej ligi czy zagranicznej. Jaki jest zatem cel nazwy Polska Liga Koszykówki? Może powinna ona brzmieć Zagraniczna Liga Koszykówki w Polsce?
Tutaj już cokolwiek zajeżdża szowinizmem. Autor tezy o zakamuflowanej opcji niemieckiej wśród Ślązaków biłby brawo...
Fragment o braku promocji koszykówki jak najbardziej słuszny i tylko szkoda, że wyłącznie teg nie dotyczy list - przekaz byłby o wiele bardziej czytelny i sensowny, a tak można go rozpatrywać w kategoriach "obrony swoich stołków", czyli urealnienia zarobków pań koszykarek, co jest nadzwyczaj pożądane.
Ogólnie zgodzę się z poniedziałkowym wywodem Greebo na temat szkolenia młodzieży i promocji koszykówki. Tylko, że według mnie żaden przepis nie poprawi tej sytuacji. W PLK była już druga kwarta dla młodzieżowca, ale się z tego wycofano. Po co tworzyć takie sztuczności? To tak, jak ze zwalczaniem przestępczości - pozornie wydaje się, że najlepiej zaostrzyć kary za jazdę po pijaku, korupcję, stadionowe chuligaństwo czy pedofilię, a wówczas liczba tych zjawisk drastycznie spadnie. Nic bardziej błędnego, bo problem tkwi w prewencji i nieuchronności kary, a nie jej wysokości. Odnosząc to do szkolenia koszykarskiej młodzieży - żaden przepis raczej nie pomoże, jeśli nie będzie wystarczającej liczby instruktorów i trenerów o odpowiedniej wiedzy i godziwych zarobkach, lepszej bazy treningowej, no i nie ruszy się coś w promocji dyscypliny. Tutaj doskonałym wzorcem jest siatkówka. Oczywiście jest to w jakimś stopniu błędne koło, gdyż zwiększenie zainteresowania danym sportem w Polsce jest skutkiem osiagnięcia w nim sukcesu przez jego przedstawicieli. Inaczej było jeszcze w latach 90-tych, gdy popularność koszykówki wzrastała z powodu sukcesów... Michaela Jordana, ale to - jak pamiętamy - było ogólnoświatowe szaleństwo. Potem było 5 minut polskiego basketu, które jednak zupełnie nie zostały wykorzystane. Reprezentacja męska zgasła zanim się wybiła, a wspaniałego sukcesu żeńskiej (i to odniesionego w Polsce!) praktycznie nikt nie zauważył. Wnioski z tego wyciągnęły kilka lat później władze siatkarskie, które jednak już wcześniej (mimo, że ówczesny prezes był równie "uzdolniony" co Ludwiczuk) umiały przygotować odpowedni grunt pod promocję dyscypliny. Na pewno pomogła w tym Liga Światowa i sentyment w starszym pokoleniu do sukcesów teamu Wagnera. Koszykówka takich punktów odniesienia - zwłaszcza po spadku popularności NBA - za bardzo nie miała. Można ponarzekać, że to stało się przez "obcych", którzy zabierali miejsca Polakom w składach, ale to właśnie dlatego, że na ogół byli lepsi - podobnie jak zagraniczni trenerzy (głównie z Bałkanów) byli lepsi od polskich. Zresztą spójrzmy na pierwszą ósemkę PLK z tego sezonu - ilu jest polskich trenerów? To nie przypadek. Zresztą nikt mi nie powie, że około 10 lat temu tacy gracze jak Małecki, Hyży czy Miszczuk zatrzymali się w rozwoju sami, a nie z powodu "obcych". Mieli wielki talent, uprawniający ich do zrobienia kariery na miarę czołowych klubów europejskich, no ale niestety - sodówka miała się u nich świetnie. Pod względem mentalności Wójcik i Zieliński bili ich na głowę. Piszę o męskiej lidze dlatego, że w zasadzie te same zjawiska występują w żeńskiej. Paniom sie wydaje, że im się należy, bo jestesmy w Polsce, ale zapominają, że to nie jest jakiś zamknięty krag, tylko już od dobrych kilku lat otwarty, międzynarodowy rynek.
Dlatego też: popularyzacja koszykówki w dużo szerszym stopniu niż dotąd (obecność w mediach, reklamy, różne akcje w szkołach) i poprawienie szkolenia młodzieży (wyławianie talentów w młodym wieku i umożliwianie im rozwoju, a nie "gra na wynik") - zdecydowanie tak. Przepisy w sposób sztuczny poprawiający sytuację polskich koszykarek i koszkarzy - zdecydowanie nie. Twierdzę wręcz, że powinna być fomuła open, a to, co teraz uchwalono, jest kompromisem. Gdybym byl trenerem, to chciałbym w danej chwili skorzystać z pięciu najlepszych zawodniczek/zawodników, bez względu na ich paszport. Dlaczego w Hiszpanii nie ma limitów, a ich reprezentacje tak świetnie dają sobie radę?
OK, można byłoby ograniczyć limit zawodniczek spoza Europy do dwóch.