A teraz relacja od jednego z waszych ulubionych redaktorów

Co by to sie niektorzy troszku zagotowali
Wielki mecz: nasze koszykarki pokonały Wisłę
Wisła do tej pory trafiała dwa razy na dziesięć prób z dystansu. Dlatego cofnęliśmy się w pole trzech sekund, by prowokować rywalki do rzucania z dystansu. I nieomal to skończyło się tragedią. Gdy wróciliśmy do swego stylu, dokonaliśmy wielkiego wyczynu, drugi raz w sezonie ograliśmy mistrza Polski
Takiego zespołu, z taką ilością indywidualności, nigdy wcześniej w Gorzowie nie mieliśmy. Indywidualności to nowe wyzwania, ale i problemy. Jak te wszystkie charaktery, z których każdy chce grać pierwszoplanową rolę, pogodzić na boisku. Udane transfery natychmiast znalazły swoje odzwierciedlenie w tabeli. Po jedenastu wygranych przyszły jednak dwie porażki. Mentalność zwycięzcy gdzieś delikatnie została zachwiana. - Z tego powodu w ostatnich dniach dużo ze sobą rozmawiałyśmy - opowiadała Anna Breitreiner. - Jeszcze w piątek wieczorem, po treningu, powtarzałyśmy sobie, że znów musimy być zespołem. Walczyć jedna za drugą. I udało się. Jestem teraz bardzo szczęśliwa.
A nasi kibice? Brak słów. To była mistrzowska hala. Gdy fani tak reagują, każdy sukces jest na wyciągnięcie ręki.
Gdy nasza Niemka siedziała na ławce rezerwowych, cały czas grała z widownią. Machała ręcznikiem, prosiła o jeszcze gorętszy doping. Razem z kibicami po prostu wytrzęsła z kosza jeden z rzutów wolnych wykonywanych przez Martę Fernandez. W końcówce, gdy kolejne gorzowskie koszykarki rzucały osobiste, stała z zaciśniętymi pięściami. Zresztą podobnie reagował cały KSSSE AZS PWSZ. Z tej fantastycznej zespołowości na boisku i poza nim dodaliśmy tych kilka punkcików, które zadecydowały o naszym sukcesie. Pierwszym w historii zwycięstwie w Gorzowie nad Wisłą Kraków. - Na własnej skórze przeżyliśmy to przed tygodniem w Gdyni, gdy w końcówce tamtejsi fani po prostu poruszyli halę z fundamentów - opowiadał nasz szkoleniowiec Dariusz Maciejewski. -
Wiedzieliśmy, że w domu dostaniemy takie same wsparcie, a wtedy wszystko przychodzi ci zdecydowanie łatwiej. To jest nasza twierdza, której mam nadzieję nikt nie zdobędzie.
KSSSE AZS PWSZ potrzebował wsparcia, bo w sobotę przegrywał już nawet różnicą 11 pkt - 38:49, na początku trzeciej kwarty. Bardzo osłabione krakowianki (brakowało Chamique Holdsclaw, Eweliny Kobryń, Agnieszki Pałki oraz Anny Wielebnowskiej) bardzo cierpliwie rozbijały naszą strefę. Do tego dokładały niewiarygodną skuteczność w ataku. Hiszpanka Fernandez, słaba z dystansu, kolejny raz potwierdziła, że w Gorzowie ma swoją ulubioną halę. Przed rokiem dała tutaj za "trójkę" pięć na pięć, teraz trafiła swoje dwa pierwsze rzuty w tym sezonie (wcześniej dziewięć niecelnych). - Taki był plan, szukać pozycji do ostatnich sekund akcji i oszczędzać siły, bo skład mamy bardzo okrojony - przyznała jedna z najjaśniejszych postaci w Wiśle Dorota Gburczyk. - Szło nam, dopóki starczyło sił.
Pod koniec pierwszej połowy gorzowianki wycofały się z przedmeczowych założeń. Zaczęły grać w swoim stylu. - To sobie powiedzieliśmy podczas burzy mózgów w szatni - opowiadał trener Maciejewski. - Dziewczyny same apelowały, abyśmy wrócili do swojego sposobu na grę. Szybkiego i agresywnego.
Nacisk dał efekt. Zmęczone krakowianki zaczęły oddawać nam piłkę. U gości bardzo spadła również skuteczność rzutów z dystansu. W ostatniej akcji trzeciej kwarty Justyna Żurowska wyprowadziła KSSSE AZS PWSZ na prowadzenie 56:54, którego już nie oddaliśmy do końca spotkania. Trybuny szalały, a przy okazji okazało się, że popularna Szkocja, czyli rytmiczne oklaski wszystkich fanów, świetnie wychodzi nie tylko na żużlu na Śląskiej, a również na meczu koszykarek. - Mimo porażki jestem z mojego zespołu zadowolony, przy takich osłabieniach, długo prowadziliśmy, do końca walczyliśmy. Zabierzcie z naszego rywala Taylor, Zohnovą i Breitreiner, jaki byłby wtedy wynik? - pytał trener Wisły Wojciech Downar-Zapolski. - W każdej minucie tego spotkania pamiętaliśmy, że rywal jest osłabiony. Wciąż ma jednak w składzie wiele gwiazd, co dziś pokazał. Jestem dumny z dziewczyn, że wykorzystały swoją szansę. Podniosły z parkietu to, co było do podniesienia - odpowiedział szkoleniowiec gospodyń.
Drugie w tym sezonie zwycięstwo nad Wisłą ma podwójną wartość, bo tym razem KSSSE AZS PWSZ nie wspiął się na wyżyny swoich umiejętności (taka gra naszych, dla wyrównanej walki z potentatami ligi, była potrzeba we wcześniejszych sezonach), a jednak zwyciężył. To świadczy o sile drużyny. Strasznie ważną sprawę zdobyliśmy także dla końcowego układu tabeli - teraz mistrz kraju, aby nas wyprzedzić, musi mieć o jedno zwycięstwo więcej.
- Nie wydaje mi się, aby byli w lidze jeszcze tacy, którzy lekceważą Gorzów, przecież ten ośrodek pnie się w górę od kilku lat i teraz jest jednym z najpoważniejszych kandydatów do finału - zakończył trener Downar-Zapolski. - Nie ma co jednak teraz dzielić skóry na niedźwiedziu. Do faktycznych rozstrzygnięć zostało parę miesięcy. Wtedy się dopiero okaże, kto naprawdę zasłużył i zagra o złoto.
Mecz w liczbach
KSSSE AZS PWSZ GORZÓW - WISŁA CAN PACK KRAKÓW 75:70
KWARTY: 20:23, 18:22, 18:9, 19:16.
KSSSE AZS PWSZ: Zohnova 19 (1), Taylor 17, Żurowska 15 (1), Breitreiner 12 (1), Czubak 0 oraz Crawford 5 (1), Kaczmarczyk 4, Richards 3, Maruszczak 0.
Wisła: Canty 18 (2), Gburczyk 16 (3), Maksimović 10 (1), Skerović 7 (1), Kotnis 4 oraz Fernandez 13 (2), Dupree 2, Gajdosz 0.
www.gazeta.pl