PORÓWNANIA, mogące zobrazować skalę tego transferu, nasuwają się same. W futbolu jego odpowiednikiem byłoby pozyskanie przez polski klub Pavla Nedveda, Franka Lamparda lub Zinedine'a Zidane'a. O ile jednak kibic piłkarski nigdy nie doczeka się na podobny hit, o tyle w żeńskiej koszykówce żadnych barier nie ma. Rodzime kluby mogą być konkurencyjne dla rywali z zachodniej Europy głównie dlatego, że w kobiecym baskecie zarobki nie zostały wywindowane do zawrotnych, wyrażanych w milionach dolarów sum. Już za 120 tysięcy "baksów" na sezon można zatrudnić gwiazdę. Na przykład Shannon Johnson, energiczną i niekonwencjonalną rozgrywającą, której pomysłowość przy rozwiązywaniu akcji zaskakuje czasem nawet koleżanki z drużyny. Podania zza pleców, zza głowy, po agresywnych wejściach pod kosz - to jej znak firmowy. Koszykówka ją cieszy, jest uosobieniem hasła, pod którym kiedyś reklamowała się liga NBA: "I love this game".
Widziałam za dużo
Paradoksalnie to nie miłość do tej dyscypliny sprawiła, że zaczęła ją uprawiać. - Na początku uwielbiałam siatkówkę, ale zdecydowałam się na zmianę, bo istotna była kwestia finansowa. Na baskecie można więcej zarobić - mówi otwarcie. Shannon nie jest jednak typem osoby, którą napędza marzenie o bogactwie, chęć gromadzenia dóbr. Zarabia, żeby pomóc rodzinie, żyjącej w małym, biednym i przeżartym przez kryminogenne zjawiska Hartsville (Południowa Karolina). - Wychowywałam się w bardzo "trudnej" okolicy - wspomina. - Każdego dnia coś się działo, do przestępstw dochodziło na oczach dzieci, które zdecydowanie nie powinny tego oglądać. Widziałam straszne rzeczy i cieszę się, że udało mi się stamtąd wyrwać, że stamtąd "wyrosłam". Teraz przynajmniej mogę utrzymywać rodzinę, płacić za mieszkanie, wspierać materialnie braci i siostry. A kiedy będę miała już wystarczająco dużo pieniędzy, zabiorę ich wszystkich w spokojniejsze miejsce.
Kariera jakich wiele: codzienność czarnoskórego dzieciaka w scenografii żywcem wyjętej z filmów Spike'a Lee i sport, jako jedyna szansa na społeczny awans, zerwanie z szarą rzeczywistością. - Wiesz, dlaczego tak dużo sportowców wywodzi się z gett, lub takich miasteczek jak moje? Bo znajdują motywację, walczą o swoje dwakroć mocniej od innych - wyjaśnia Shannon.
Garściami z życia
Od małego towarzyszyła jej historia wybitnej amerykańskiej lekkoatletki Wilmy Rudolph, która urodziła się nie w pełni sprawna, ale dzięki niezwykłej wytrwałości zdobyła złote medale na IO w Rzymie. - Zainspirowała wiele osób, nie tylko mnie. Dała przykład, że jeśli głęboko w coś wierzysz, możesz to osiągnąć - twierdzi "Pee-Wee". Ona wierzyła, teraz sama ma w kolekcji olimpijskie złoto z Aten ("To najwspanialsza rzecz, jaka mi się przydarzyła"). Dorastanie w ciężkich warunkach wzmocniło ją - jak mówi - mentalnie. - To się przydaje, gdy często podróżujesz, pracujesz w różnych krajach. W Polsce akurat jest całkiem w porządku, ludzie są bardzo mili, ale gdy ostatnio grałam w Moskwie, było dużo trudniej - opowiada.
Występowała w Rosji, Hiszpanii, Turcji, z reprezentacją USA zwiedziła kawał świata. - Koszykówka dała mi cudowne możliwości, mogę brać z życia garściami - uśmiecha się. - Ale i tak największą satysfakcję mam w chwili, kiedy trwa sezon WNBA i na moje mecze może przyjść rodzina. Strasznie mi kibicują.
W ostatnich rozgrywkach występowała razem z Małgorzatą Dydek i Agnieszką Bibrzycką w San Antonio Silver Stars. - Kiedy pojawiła się oferta z Krakowa, skonsultowałam się z "Margo". Powiedziała, że warto spróbować i nie żałuję - przyznaje.
Klepanie po pupie
Do polskiej ligi wniosła luz, spontaniczność. Często poklepuje po pupach arbitrów, dyskutuje z nimi z uśmiechem. - Reaguję na każdy gwizdek: niezależnie czy sędziowie podejmują złą, czy dobrą decyzję, zawsze im o tym mówię. To jest tylko gra, dla nas wszystkich. Oni kochają swoją pracę, ja swoją, miejmy dla siebie szacunek - mówi.
Czasem pojawią się wątpliwości, czy rzeczywiście gra na poziomie spełniającym oczekiwania. Bywa, że przestoi trzy kwarty, zanim zacznie się "rock and roll". Ale kiedy gra na sto procent, rywalki wyglądają przy niej jak początkujące koszykarki. - W trakcie ostatnich miesięcy miałam trochę problemów zdrowotnych, to też rzutowało na formę - twierdzi. - Jeśli ktoś wymaga od mnie, żebym zdobywała po trzydzieści punktów w meczu, to pomylił adres. Moja rola jest inna, aczkolwiek liczę, że w nowym roku moja dyspozycja będzie lepsza i wszystkich zadowoli. Byłoby miło osiągnąć jakiś sukces w Eurolidze - dodaje.
W czasie przerwy w rozgrywkach odwiedziła rodzinny dom w Hartsville, przywiozła trochę prezentów z Polski. - Na krakowskim Rynku kupiłam bombki choinkowe. Są bardzo ładne, w dodatku ręcznie malowane - opowiadała przed wyjazdem. - Myślę, że to świetne upominki gwiazdkowe. Strasznie się cieszę, że znów zobaczę się z mamą i rodzeństwem.
PRZEMYSŁAW FRANCZAK Przegląd Sportowy
FOT. TOMASZ MARKOWSKI




