- Sąsiadki są w szoku, niektóre widziały mnie w telewizji, gdy nasz zespół grał w Polkowicach. Część z nich wie z opowiadań, że jeżdżę na mecze - mówi pani Misiura. - Pytają mnie: po co ci te wyjazdy? Odpoczywaj na działce, posiedź w domu! A ja po prostu inaczej nie mogę. Nie lubię siedzieć w kapciach przed telewizorem. Spędzam czas aktywnie. Gdy jest mecz, to muszę na nim być. A w tygodniu całymi dniami przesiaduję na działce, przy tym nie w altance, na świeżym powietrzu, z zacięciem pielęgnuję grządki - zarzeka się.
Marianna Misiura w maju skończyła 85 lat. Pochodzi z Kielecczyzny, skąd przyjechała do Gorzowa w latach 60-tych. Od początku pobytu w naszym mieście pracowała w Stilonie. Zaczęła na szczotkarni, później przeniesiono ją na "włókno cięte".
Sportem interesuje się nie od dziś. - Jak była komuna, to chodziłam z dzieciakami na piłkę nożną i oczywiście na żużel - wspomina. - Lata 60-te, 70-te, to były czasy. Jak się pracowało w Stilonie, to aż wstyd był, jak się nie poszło na piłkę. Żużel też pamiętam dobrze. Podziwiałam Edwarda Jancarza i innych. Myślę, że Jancarzowi należy się memoriał [10. edycja turnieju już 16 czerwca - przyp. red.], tu nie ma dwóch zdań. Szkoda, że tak skończył, ale żużlowcem był doskonałym. Teraz jednak te sporty się popsuły, są inne niż wtedy. Klimat jest inny, mniej mi się podoba ta pogoń za pieniądzem. Dlatego chodzę tylko na koszykówkę, tam w Gorzowie jest inaczej.
Od 1979 r. jest na emeryturze. - Od tego czasu więcej zajmowałam się dziećmi, później już wnukami. Czasu na sport było mniej - opowiada p. Misiura.
Jej syn, Jerzy Chmielnicki, od dwóch lat jest trenerem od przygotowania siłowego w AZS PWSZ Sowood, prowadzi także znaną w Gorzowie siłownię. To właśnie on zaraził p. Mariannę koszykówką. - Od dwóch sezonów, gdy tylko syn jedzie na jakiś wyjazdowy mecz, zawsze z nim się zabieram. I czasami dopingujemy razem z grupą kibiców. A w naszej hali, już na spokojnie, mam swoje miejsce, bo co roku kupujemy z synową karnety. Staram się nie opuszczać żadnego spotkania - mówi p. Misiura.
W rodzinie p. Marianny niemal wszyscy mają sportowe zacięcie. - Syn skończył AWF w Warszawie - chwali się. - Od zawsze się ciężarami zajmował. Najpierw tylko ćwiczył, później sam był trenerem w Gorzowie, w Zielonej Górze też, a teraz ma swoją siłownię i tam się nasze koszykarki przygotowują do meczów - opowiada.
Córka pani Marianny też grała kiedyś w szkole w piłkę ręczną i siatkówkę. - Nawet mój zięć, Kazimierz, miał sportową pasję. Jak był młody, to grał w hokeja w Stilonie, a teraz jest w tej drużynie oldbojów, co grają na Słowiance - wylicza. - Wnuki, od córki Danuty, też są usportowione. Ania i Dariusz zajmowali się, podobnie jak ich mama, piłką ręczną. Wnuczka jest teraz nauczycielką wuefu, a chłopak pojechał do Anglii pracować i chyba tam już zostanie - mówi.
- Sport rozwija. Dzieci, zamiast szwendać się po osiedlach i rozrabiać, mogą się czymś zająć. To ważne. Każdy człowiek za młodu powinien jakiś sport uprawiać - podkreśla.
Pani Marianna, ze swoim nastawieniem do sportu, szybko złapała więc koszykarskiego bakcyla. Jak mówi, w drużynie AZS PWSZ nie ma swojej ulubionej koszykarki, kibicuje po prostu całemu zespołowi. - Wszystkie lubię tak samo - tłumaczy. - Każda się poświęca dla zespołu, walczy na parkiecie. To mi się bardzo podoba. A do tego są dobrze wychowane. Dziękują fanom, nieważne, czy wygrywają, czy przegrywają mecz.
Teraz, gdy gorzowianki pojechały do Izraela, wypytuje syna, jak sobie tam radzą. - Na razie znam tylko jeden wynik [AZS wygrał 70:20 - przyp. red.], widać, że pojechały tam na wycieczkę - mówi. Od razu jednak dodaje: - W pełni na nią zasłużyły!
Jednym tchem wymienia miasta, w których wspierała dopingiem nasze koszykarki: Kraków, Gdynia, Leszno, Poznań, Toruń, Polkowice, Brzeg... - Pamiętam mecz w Lesznie, dziewczyny na początku przegrywały już 0:8. To pewnie przez to, że razem z synem spóźniliśmy się na to spotkanie - śmieje się. - Weszliśmy, a one tak dobrze zaczęły grać, prawie wszystko trafiały i spokojnie wygrały. Pomyślałam sobie: dobrze, że przyjechałam.
Ma swoje zdanie na temat każdego zespołu i każdej hali. - W Poznaniu mi się nie podobało, taka duża ta sala była - mówi. Wyjątkowo źle wspomina jednak podróże do Polkowic.
Drużyny z Gorzowa i Polkowic walczyły w tym roku o brązowy medal. Po drugim meczu tych drużyn w Polkowicach jeden z kibiców drużyny CCC chciał wymienić się z panią Marianną klubowymi szalikami. - Dałyśmy mu z synową, Ewą, nasz, ale jego nie chciałyśmy - opowiada.
- Dlaczego? To przecież taki miły kibicowski gest.
- Bo nie lubię ich! - tłumaczy. - Tamtego dnia byłam jeszcze bardzo zdenerwowana. Czułam się tam, jak jakiś przestępca. Każdego naszego kibica przy wejściu przeszukiwali od góry do dołu, nawet mnie. Nie wiem czego szukali, kazali mi z synową pokazać, co mamy w torebce. I przesadzili nas, wszystkich kibiców, na trybunę, przez to mieliśmy dalej do boiska. Dziwnie tam traktują przyjezdnych. Tę sytuację z ostatniego meczu, gdy wcale nie chcieli nas wpuścić do hali, lepiej pozostawić bez komentarza. A przed rokiem, jak tam pojechałam, to nagle zgasło światło... Jakoś tam podejrzanie jest - kończy pani Marianna
ZRODLO www.gorzow24.pl
