W WNBA stawia się głównie na Amerykanki, choć niektóre z nich nie byłyby wybijającymi się postaciami nawet w lidze polskiej - mówi Agnieszka Bibrzycka, gwiazda Lotosu VBW Clima Gdynia, która rozegrała swój pierwszy sezon w amerykańskiej lidze zawodowej WNBA
Co prawda sezon WNBA jeszcze się nie skończył, ale Bibrzycka wróciła we wtorek do Polski. Przyjechała, aby pomóc reprezentacji w rozpoczynających się 8 września eliminacjach mistrzostw Europy. - Podpisując kontrakt z San Antonio Silver Stars wyraźnie zaznaczyłam, że we wrześniu muszę być do dyspozycji trenera kadry - tłumaczy zawodniczka. Bibrzycka przyjechała do Polski mocno odmieniona. Już po pierwszym spojrzeniu w oczy rzuca się odważny makijaż i przede wszystkim nowa fryzura - włosy splecione w warkoczyki.
GRZEGORZ KUBICKI: Skąd pomysł na nowy image?
- Dziewczyny z zespołu mnie namówiły. One co tydzień, góra dwa tygodnie, zmieniają włosy i fryzury. Namawiały mnie, namawiały i w końcu im się udało. Siedem godzin siedziałam u fryzjera, w tym czasie obejrzałam chyba ze cztery filmy... Nowa fryzura kosztowała mnie 80 dolarów.
Częste zmiany fryzury, ogólna sielanka, ale Pani koleżanki z zespołu nie powinny być chyba zbyt radosne. Ten sezon nie jest dla Waszej drużyny udany?
- Atmosfera w zespole nie była najlepsza. Ale jak mogło być inaczej, kiedy pod koniec sezonu ma się bilans 6 zwycięstw i 20 porażek. Niektórym wyraźnie odechciewało się grać, zwłaszcza że kilka spotkań przegrałyśmy po dramatycznych końcówkach. Jaki był powód porażek? Nie grałyśmy zespołowo. Każda zawodniczka walczyła tylko o swoje statystyki, a nie o wynik drużyny. Nie było atmosfery w zespole. Niewykluczone, że kiedy w przyszłym roku wrócę do WNBA, to do innego klubu. Jestem teraz wolną zawodniczką, mój kontrakt w San Antonio obowiązywał tylko w tym sezonie. Mam już kilka pomysłów, choć jeszcze nie wiem, gdzie mnie będą chcieli. Ale konkretnie zajmę się tym dopiero koło lutego, wtedy w USA zaczyna się ruch transferowy. Na pewno przed podpisaniem kontaktu chcę wiedzieć, kto będzie grał w nowym zespole, kto będzie występował na mojej pozycji. Bo w Stanach jest tak, że tam liczą się głównie nazwiska, nieważne, że jesteś lepszy. Choć myślę, że w tym sezonie pokazałam się z dobrej strony i będę miała mocniejszą pozycję w lidze.
Czy odczuła Pani niechęć innych zawodniczek?
- Kiedy przyjechałam do Stanów niektóre zawodniczki już mnie znały. Wiedziały sporo o moich silnych i słabych stronach - głównie z internetu. Nie byłam więc dla nich taka obca. W naszym zespole nie było jednak koleżanek. Na treningach obowiązywały twarde zasady rywalizacji, nie było odpuszczania, tylko ostra walka o każdą piłkę. Choć poza boiskiem było już raczej OK, nie było nieprzyjemnych sytuacji. Trzymałam się oczywiście z Małgorzatą Dydek [druga Polka z San Antonio nie wróciła do Polski, ponieważ klub nie wyraził na to zgody - red.] i z Adrienne Goodson.
Jak wyglądało zainteresowanie Waszymi meczami? Można je w ogóle porównać do ogromnego zgiełku panującego wokół ligi NBA i to na całym świecie?
- Różnica jest ogromna. Byłam tylko na jednym meczu mężczyzn - to było spotkanie play off San Antonio Spurs z Los Angeles Lakers, w którym Derek Fisher z Lakers oddał zwycięski rzut równo z końcową syreną. Wrażenia były ogromne, w życiu nie byłam na takim meczu! Na trybunach było ze 30 tys. ludzi! Na naszych było tylko 11 tys. (śmiech). Oczywiście jak na polskie realia to ogromna liczba, ale tam, w wielkiej hali, nie było tego tak widać. Zwłaszcza że niektórzy kibice przychodzili nie tylko po to, aby obejrzeć mecz, ale przy okazji dobrze zjeść - jedzą tam takie wieeeelkie zestawy - i się dobrze pobawić. Fani identyfikowali się jednak z naszym zespołem. Dobrze nas znali, zapraszali na różne spotkania i przyjęcia. Całe San Antonio żyje koszykówką.
Wracając do rywalizacji mężczyzn, to poznałam nawet gwiazdy Spurs - Tima Duncana, Emanulea Ginobiliego, Tony'ego Parkera. Na meczu z Lakers, kiedy w przerwie odbyła się prezentacja naszego zespołu, minęłam się także z Koby Bryantem i Shaquillem O'Nealem. Przejść obok O'Neala to niesamowite doświadczenie. On jest naprawdę duży, bardzo duży!
W porównaniu do nas faceci mają także swoje prywatne samoloty, oczywiście jako drużyna. My musiałyśmy latać rejsowymi. Obowiązkowo w eleganckim, reprezentacyjnym stroju - taki był przepis. Żadnych dżinsów i dresów - za to dawali kary.
Jak w USA odebrano zaledwie brązowy medal Amerykanów na igrzyskach w Atenach?
- Oj, ludzie byli mocno wkurzeni. Amerykanie przegrali, bo byli zbyt pewni siebie, ale taka już ich mentalność... Amerykanie powtarzali, że to nie rywale byli tacy silni, ale ich zawodnicy po prostu rywali zlekceważyli. Złoto zdobyły za to Amerykanki. Jedną z zawodniczek mistrzowskiego zespołu jest "nasza" Shannon Johnson z San Antonio, która na pierwszy trening przyszła oczywiście z medalem. Zrobiłam sobie z nią zdjęcie, ale mam nadzieję, że w końcu znajdzie się również ktoś, kto pokona Amerykanki.
Teraz czas na reprezentację, która ostatnio - bez Pani i Małgorzaty Dydek - gra fatalnie.
- W sobotę mam się stawić na zgrupowaniu w Jaworznie. Od razu porozmawiam z trenerem Arkadiuszem Konieckim. Wierzę w reprezentację. Jest w niej grupa zdolnych zawodniczek, które są w stanie powalczyć o dobry wynik. Mam nadzieję, że ostatnie porażki z Niemkami czy Belgijkami były tylko wypadkiem przy pracy. Reprezentacja przechodzi trudne chwile. Z gry zrezygnowało kilka ważnych zawodniczek. Obawiam się trochę tych eliminacji, ale bardzo zależy mi na tym, aby w przyszłym roku zagrać w mistrzostwach Europy.
Co Pani zobaczyła w Stanach, oprócz wielkiej koszykówki?
- Nie miałam czasu pozwiedzać, nawet mi się nie chciało. Pojechałam tylko na tydzień do Virginia Beach do znajomych, ale tam leżałam na plaży. Żałuję zwłaszcza, że nie zobaczyłam Nowego Jorku. Poza koszykówką ogromne wrażenie zrobiły na mnie sklepy! (śmiech) Poprawił się też znacznie mój angielski, choć slangiem jeszcze nie mówię (śmiech).
Grzegorz Kubicki Gazeta Wyborcza
Agnieszka Bibrzycka wróciła z USA
Moderatorzy: ann, rzymi, paulo2907, przemoe, Kuba
Agnieszka Bibrzycka: "Nie będę osamotniona"
2004-09-02 11:54:00, WYWIADY, Wojciech Figurski
Przedstawiamy obszerne wczorajszej fragmenty konferencji prasowej Agnieszki Bibrzyckiej zorganizowanej przez Basketball Investments SSA z okazji powrotu zawodniczki Lotosu Gdynia i preprezentanki kraju do Polski ze Stanów Zjednoczonych.
Jak zaczęła się Twoja przygoda z WNBA w Stanach?
- Przede wszystkim zaczęło się od sylwetki, bardziej intensywne treningi po 3, 4 godziny dziennie spowodowały, że chyba trochę zmężniałam i "przypakowałam", że tak to ujmę. Tak się tam gra, tak to wgląda w Stanach i myślę, ze to jest na moją korzyść.
Początek był bardzo trudny nie obawiałaś się, że sobie nie poradzisz, że wyjazd do USA był przedwczesny?
- Nie, ja czułam się gotowa na podjęcie tego wyzwania. Myślę, że w zeszłym roku było jeszcze za wcześnie, a w tym roku moja kariera dobrze się potoczyła, a po ogłoszenie mnie Najlepszą Koszykarką Europy było dobrym momentem, żeby spróbować zaistnieć w Stanach.
Trener Dee Brown na początku nie miał do Ciebie zaufania, grałaś mało. Czy nie było chwili zwątpienia, chęci powrotu do kraju?
- Na pewno były to ciężkie chwile, ciężko było mi się przestawić na amerykański system grania ale nieszczęśliwy wypadek i kontuzja Marie Ferdinand przyczyniła się do tego, że wskoczyłam do pierwszej piątki i stałam się jedną z podstawowych zawodniczek.
Pierwsze wrażenia z meczów WNBA, wielkie show i kilkanaście tysięcy kibiców, tego nie można porównać do meczów ligowych w Polsce?
- To prawda, jest spora różnica. Na mecze w Gdyni przychodzi po 1000 osób, a w hali w San Antonio zasiada 10 czy 11 tysięcy. Tam mecz, to jedno wielkie show, to jest naprawdę bardzo miłe ale czasami aż trudno się skupić na tym, co mówi trener, bo w wokół dzieje się tyle różnych ciekawych rzeczy.
Czy Twoje oczekiwania odnośnie do stylu gry w WNBA się potwierdziły?
- Mniej więcej tego się spodziewałam. Gra jest szybsza bardziej indywidualna. Liczą się pojedyncze akcje. Ponadto gra jest bardziej siłowa i agresywna, musiałam walczyć o każdą piłkę i każda pozycją, żeby zaistnieć na boisku. Musiałam się przestawić i grać bardziej pod siebie, bo nie raz zdarzało mi się, ze jeżeli grałam 5 minut, to nawet nie dotknęłam piłki. To jest ciężkie ale tak tam się gra.
Skąd słabe wyniki całego zespołu? Oczekiwania w San Antonio były przed sezonem zdecydowanie wyższe?
- Nie umiem tego racjonalnie wytłumaczyć, nie wiem czemu zdarzało nam się przegrywać po 7 czy 8 meczów z rzędu. Personalnie mamy naprawdę bardzo dobry skład. Myślę, że chodziło po prostu o brak zgrania. Trener nie umiał dobrać odpowiednich ról na boisku dla każdej zawodniczki. Gosia grała bardzo mało, nasza rozgrywająca – rozgrywająca reprezentacji USA zamiast podawać to coraz więcej rzucała. Te role trochę się pomieszały. Na koniec trener Dee Brown sam zrezygnował z prowadzenia zespołu. Teraz po przerwie olimpijskiej zespół został kompletnie przebudowany przez nowa trenerkę i mam nadzieje, że dziewczyny nareszcie zaczną grać.
Czy nie czułaś się zmęczona sezonem? Grałaś w WNBA bezpośrednio po zakończeniu intensywnego sezonu ligowego i euroligowego w Polsce?
- Po przyjeździe do San Antonio grałam mało i dzięki temu miałam czas na odpoczynek regenerację sił oraz poprawienie rzutu, bo piłka w WNBA jest mniejsza niż europejska. Dopiero w drugiej części sezonu, kiedy grałam więcej, to forma przyszła i udało mi się poprawić skuteczność. Mam nadzieję, że w meczach reprezentacyjnych pokażę, że jestem w dobrej dyspozycji i mam szansę poprowadzić reprezentację do wygrania tych eliminacji.
Nie czułaś żadnej presji jeśli chodzi o rzuty 3 punktowe? Czy Amerykanie chcieli żebyś biła rekordy w rzutach za trzy punkty?
- Trochę presji było, bo byłam właściwie jedyną zawodniczką rzucającą za trzy punkty. Nie raz wbiegałam na boisko i słyszałam glosy "Biba rzucaj za trzy!". Były nawet zagrywki stworzone specjalnie pode mnie, po których miałam wychodzić na czyste pozycje i rzucać za trzy punkty. Myślę, że to było moje główne zadanie w tym zespole.
Czy Małgorzata Dydek pomogła Ci wejść do zespołu?
- Tak. Gosia naprawdę dużo mi pomogła. Praktycznie większość czasu spędzałyśmy razem. Mieszkałyśmy koło siebie, trzymałyśmy się razem jeszcze z Adrienne Goodson. Na boisku także starałyśmy się grac między sobą. Znamy się już na tyle, że nasze zagrywki z Gdyni dobrze tam funkcjonowały. Z Gośką czułam się bardzo dobrze.
Kibice czekają teraz na Twoja grę w reprezentacji Polski. Czujesz się na siłach aby poprowadzić reprezentacje Polski bez Małgorzaty Dydek?
- W sobotę musze już się stawić na zgrupowaniu w Jaworznie i będę na pewno miała rozmowę z trenerem Arkadiuszem Konieckim. Mam nadzieje, że nie będę osamotniona, przecież mamy dużo dobrych zawodniczek, które mogą wspólnie ze mną poprowadzić reprezentację. Na podstawie wyników gier przedeliminacyjnych, jakie udało się poznać, to mam nadzieję, że dziewczyny stać na więcej. Uważam, że przegrana z Belgią czy Niemcami, to tylko wypadek przy pracy i forma przyjdzie za tydzień lub dwa.
38 punktów zdobytych łącznie przez zespół w meczu z Francją i tylko 3 punkty w jednej z kwart. Czy takie zdobycze punktowe reprezentacji Cię nie przerażają?
- Myślę, że reprezantacja przechodzi teraz bardzo trudne chwile. Zrezygnowały nasze rozgrywające, które pełniły dużą rolę w zespole, mamy dwie młode i to one będą musiały przejąć ich zadania. Trochę się obawiam ale za dużo nie mogę teraz powiedzieć, nie znam za bardzo trenera i muszę zobaczyć zawodniczki. W sobotę będę wiedziała już więcej.
www.pzkosz.pl/kadra
2004-09-02 11:54:00, WYWIADY, Wojciech Figurski
Przedstawiamy obszerne wczorajszej fragmenty konferencji prasowej Agnieszki Bibrzyckiej zorganizowanej przez Basketball Investments SSA z okazji powrotu zawodniczki Lotosu Gdynia i preprezentanki kraju do Polski ze Stanów Zjednoczonych.
Jak zaczęła się Twoja przygoda z WNBA w Stanach?
- Przede wszystkim zaczęło się od sylwetki, bardziej intensywne treningi po 3, 4 godziny dziennie spowodowały, że chyba trochę zmężniałam i "przypakowałam", że tak to ujmę. Tak się tam gra, tak to wgląda w Stanach i myślę, ze to jest na moją korzyść.
Początek był bardzo trudny nie obawiałaś się, że sobie nie poradzisz, że wyjazd do USA był przedwczesny?
- Nie, ja czułam się gotowa na podjęcie tego wyzwania. Myślę, że w zeszłym roku było jeszcze za wcześnie, a w tym roku moja kariera dobrze się potoczyła, a po ogłoszenie mnie Najlepszą Koszykarką Europy było dobrym momentem, żeby spróbować zaistnieć w Stanach.
Trener Dee Brown na początku nie miał do Ciebie zaufania, grałaś mało. Czy nie było chwili zwątpienia, chęci powrotu do kraju?
- Na pewno były to ciężkie chwile, ciężko było mi się przestawić na amerykański system grania ale nieszczęśliwy wypadek i kontuzja Marie Ferdinand przyczyniła się do tego, że wskoczyłam do pierwszej piątki i stałam się jedną z podstawowych zawodniczek.
Pierwsze wrażenia z meczów WNBA, wielkie show i kilkanaście tysięcy kibiców, tego nie można porównać do meczów ligowych w Polsce?
- To prawda, jest spora różnica. Na mecze w Gdyni przychodzi po 1000 osób, a w hali w San Antonio zasiada 10 czy 11 tysięcy. Tam mecz, to jedno wielkie show, to jest naprawdę bardzo miłe ale czasami aż trudno się skupić na tym, co mówi trener, bo w wokół dzieje się tyle różnych ciekawych rzeczy.
Czy Twoje oczekiwania odnośnie do stylu gry w WNBA się potwierdziły?
- Mniej więcej tego się spodziewałam. Gra jest szybsza bardziej indywidualna. Liczą się pojedyncze akcje. Ponadto gra jest bardziej siłowa i agresywna, musiałam walczyć o każdą piłkę i każda pozycją, żeby zaistnieć na boisku. Musiałam się przestawić i grać bardziej pod siebie, bo nie raz zdarzało mi się, ze jeżeli grałam 5 minut, to nawet nie dotknęłam piłki. To jest ciężkie ale tak tam się gra.
Skąd słabe wyniki całego zespołu? Oczekiwania w San Antonio były przed sezonem zdecydowanie wyższe?
- Nie umiem tego racjonalnie wytłumaczyć, nie wiem czemu zdarzało nam się przegrywać po 7 czy 8 meczów z rzędu. Personalnie mamy naprawdę bardzo dobry skład. Myślę, że chodziło po prostu o brak zgrania. Trener nie umiał dobrać odpowiednich ról na boisku dla każdej zawodniczki. Gosia grała bardzo mało, nasza rozgrywająca – rozgrywająca reprezentacji USA zamiast podawać to coraz więcej rzucała. Te role trochę się pomieszały. Na koniec trener Dee Brown sam zrezygnował z prowadzenia zespołu. Teraz po przerwie olimpijskiej zespół został kompletnie przebudowany przez nowa trenerkę i mam nadzieje, że dziewczyny nareszcie zaczną grać.
Czy nie czułaś się zmęczona sezonem? Grałaś w WNBA bezpośrednio po zakończeniu intensywnego sezonu ligowego i euroligowego w Polsce?
- Po przyjeździe do San Antonio grałam mało i dzięki temu miałam czas na odpoczynek regenerację sił oraz poprawienie rzutu, bo piłka w WNBA jest mniejsza niż europejska. Dopiero w drugiej części sezonu, kiedy grałam więcej, to forma przyszła i udało mi się poprawić skuteczność. Mam nadzieję, że w meczach reprezentacyjnych pokażę, że jestem w dobrej dyspozycji i mam szansę poprowadzić reprezentację do wygrania tych eliminacji.
Nie czułaś żadnej presji jeśli chodzi o rzuty 3 punktowe? Czy Amerykanie chcieli żebyś biła rekordy w rzutach za trzy punkty?
- Trochę presji było, bo byłam właściwie jedyną zawodniczką rzucającą za trzy punkty. Nie raz wbiegałam na boisko i słyszałam glosy "Biba rzucaj za trzy!". Były nawet zagrywki stworzone specjalnie pode mnie, po których miałam wychodzić na czyste pozycje i rzucać za trzy punkty. Myślę, że to było moje główne zadanie w tym zespole.
Czy Małgorzata Dydek pomogła Ci wejść do zespołu?
- Tak. Gosia naprawdę dużo mi pomogła. Praktycznie większość czasu spędzałyśmy razem. Mieszkałyśmy koło siebie, trzymałyśmy się razem jeszcze z Adrienne Goodson. Na boisku także starałyśmy się grac między sobą. Znamy się już na tyle, że nasze zagrywki z Gdyni dobrze tam funkcjonowały. Z Gośką czułam się bardzo dobrze.
Kibice czekają teraz na Twoja grę w reprezentacji Polski. Czujesz się na siłach aby poprowadzić reprezentacje Polski bez Małgorzaty Dydek?
- W sobotę musze już się stawić na zgrupowaniu w Jaworznie i będę na pewno miała rozmowę z trenerem Arkadiuszem Konieckim. Mam nadzieje, że nie będę osamotniona, przecież mamy dużo dobrych zawodniczek, które mogą wspólnie ze mną poprowadzić reprezentację. Na podstawie wyników gier przedeliminacyjnych, jakie udało się poznać, to mam nadzieję, że dziewczyny stać na więcej. Uważam, że przegrana z Belgią czy Niemcami, to tylko wypadek przy pracy i forma przyjdzie za tydzień lub dwa.
38 punktów zdobytych łącznie przez zespół w meczu z Francją i tylko 3 punkty w jednej z kwart. Czy takie zdobycze punktowe reprezentacji Cię nie przerażają?
- Myślę, że reprezantacja przechodzi teraz bardzo trudne chwile. Zrezygnowały nasze rozgrywające, które pełniły dużą rolę w zespole, mamy dwie młode i to one będą musiały przejąć ich zadania. Trochę się obawiam ale za dużo nie mogę teraz powiedzieć, nie znam za bardzo trenera i muszę zobaczyć zawodniczki. W sobotę będę wiedziała już więcej.
www.pzkosz.pl/kadra
Wróć do „Aktualności Ekstraklasa”
Kto jest online
Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości
