Ucieczka przerażonych kierowców
Na mecz do Brna na koszt sekcji wybrała się około 40-osobowa grupa kibiców Wisły. Podczas meczu zachowywali się spokojnie. Po spotkaniu okazało się, że zniknął autokar, którym przyjechali na mecz.
- Dostałem informację od kierowców, że ze względu na groźby kibiców, czują się zagrożeni i w obawie o swoje życie oraz zdrowie rezygnują z pracy i zostawiają autokar. Poprosiłem ich, by odtransportowali samochód do Polski. O całej sprawie powiadomiłem polskiego konsula i Straż Graniczną - mówi Zbigniew Cioś, właściciel Biura Turystyki Antałek, którego autokarem podróżowali kibice. Według relacji kierowców fani Wisły na trasie byli zatrzymywani przez policję. Na jednej ze stacji benzynowych, na której popisali ścianę musieli zapłacić karę.
Po meczu oburzeni kibice nie chcieli wypuścić spod hali autokaru, którym jechały koszykarki. Blokowali jego wyjazd, zaznaczając, że ustąpią w momencie, gdy pojawi się autokar, którym przyjechali. Przekonywali, że zostawili w nim swoje dokumenty i pieniądze i nie mają jak wrócić do kraju. Po interwencji policji autokar z koszykarkami mógł odjechać do hotelu.
Natomiast autokar jadący bez kibiców na granicy został przeszukany przez Straż Graniczną, a znajdujące się w nim rzeczy zabezpieczono. W tym czasie kibice pod opieką czeskiej policji zostali odtransportowani na granicę. Nad tym, by wszyscy wrócili do kraju czuwał konsul. Na granicy przekazano im dokumenty, a następnie zostali przewiezieni do Krakowa.
www.dziennik.krakow.pl
Wystraszeni kierowcy zostawili kibiców Wisły Kraków w Czechach
Ireneusz Dańko, Waldemar Kordyl 11-11-2004 , ostatnia aktualizacja 11-11-2004 22:24
Ucieczką wystraszonych kierowców z autokarem i interwencją policji zakończył się wyjazd kibiców Wisły Kraków na mecz Euroligi koszykarek z czeskim Gambrinusem. Pozostawieni w Brnie pasażerowie bez części garderoby i dokumentów wrócili dopiero następnego dnia z pomocą polskiego konsulatu
- Kierowcy odmówili dalszej jazdy. Zapowiedzieli, że zostawią samochód na drodze i wrócą na własną rękę do kraju, jeśli każę im kontynuować podróż. Nie mogłem ryzykować zdrowia, a może i życia ludzi - mówi zdenerwowany Zbigniew Cioś, szef biura turystycznego Antałek z Krakowa. - Pan też by się bał, gdyby jakieś wygolone, pijane typy groziły pobiciem i spaleniem autobusu.
Pili i palili
W środę w Brnie koszykarki krakowskiej Wisły grały spotkanie Euroligi z Gambrinusem Brno. Wycieczkę na mecz zorganizował klub TS Wisła. Jego kierownictwo wynajęło dwa autokary z Antałka. Pierwszy już we wtorek pojechał z koszykarkami do Brna. Drugi następnego dnia zabrał kilkudziesięciu kibiców. Według kierowców młodzi pasażerowie od początku pili i palili w samochodzie. Non stop zatrzymywali pojazd, aby dokupić alkohol. Nie podobała im się muzyka, więc obrzucali kierowców obelgami i domagali się zmiany stacji radiowych. Po przekroczeniu czeskiej granicy, gdy autokar zatrzymał się na kolejnej stacji benzynowej, ktoś wysmarował klubowymi hasłami część budynku. Pracownicy stacji wezwali policję.
- Ty skur... jedź stąd, bo cię zaj... - miał usłyszeć jeden z kierowców od najbardziej agresywnych pasażerów, którzy chcieli ujść przed przybyciem czeskiej policji. Kiedy odmówił, posypały się kolejne pogróżki. Autokar pojechał dalej, ale dopiero wtedy, gdy w policyjnej asyście pasażerowie zebrali ponad 1000 koron na pokrycie szkód. Na mecz do Brna zdążyli w ostatniej chwili. Wychodząc z pojazdu, znów grozili kierowcom.
Otoczyli autobus z koszykarkami
Swoją złość kibice wyładowali już podczas meczu. Niezadowoleni z wyniku rzucili kilkadziesiąt balonów na parkiet. Kiedy wyszli z hali, zobaczyli tył odjeżdżającego autobusu z ich dokumentami, ubraniami i pieniędzmi. Liczyli, że wróci, ale gdy się nie doczekali, otoczyli autobus z koszykarkami.
Działacze klubu rozpoczęli telefoniczne mediacje z szefem Antałka. Kierowcy wykluczyli jednak powrót po pasażerów. Przybyła policja. Interweniował konsul: załatwił bezpłatny przejazd nocnym pociągiem do Cieszyna, na granicy na kibiców czekały ich dokumenty. Stamtąd już na własną rękę wrócili do domu.
Szef Antałka: - Zrobiliśmy wszystko, co do nas należy. Nasze biuro pracowało całą noc. Ustaliłem z konsulem, że na przejściu granicznym zostanie przeszukany autobus. Odzież przekazaliśmy w depozyt w klubie Wisła.
Grzeczna wycieczka
Uczestnicy wyjazdu, z którymi rozmawialiśmy, bagatelizują wszystko. Prezes TS Wisły Ludwik Miętta-Mikołajewicz nie chce komentować zdarzenia bez zebrania szczegółowych wyjaśnień. Niechętnie wypowiadają się też inni pracownicy klubu towarzyszący koszykarkom. Przyznają, że niektórzy kibice byli pijani, ale grzecznie słuchali policji.
- Kibice zapewniają, że w czasie drogi nie stało się nic takiego, co uzasadniałoby paniczny strach kierowców - powiedział "Gazecie" Robert Strupichowski, pracownik TS Wisła. Na wszelki wypadek - jak przyznaje - towarzyszył jednak grupie w drodze na czeski dworzec kolejowy.
- Jechałem tym autobusem. Wiadomo, jak to w Czechach, były jakieś piwka, śmichy, chichy. Ktoś chodził do kierowcy, żeby zmienił stację radiową, ale to wszystko - zapewnia uczestnik wycieczki, członek zarządu klubu kibica Wisły. Nie słyszał żadnych gróźb. - Tylko raz kierowca poprosił mnie, żebym siedział przy nim. Ale nie powiedział, o chodzi - dodał, zastrzegając nazwisko.
Zbigniew Cioś: - Umówiłem się z kierownictwem klubu, że pojadą naszym autokarem wyłącznie kibice koszykówki, a nie piłki nożnej. Gdybym wiedział, kto wsiada, nigdy bym się nie zgodził.
Po powrocie do Krakowa jeden z kierowców zwolnił się z pracy w Antałku. Wczoraj wieczorem o zajściu poinformowała czeska telewizja Nova.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Szymon nie spodziewałem sie ze na froum koszykarskim spotkam sie z tkaim zdaniem jak twoje

Zaskoczenie.
Umowił sie z keirownictwem klubu a to dobre mzoe jeszcze pytali przy wejsciu z ksoyzkowki czyz pilki
A to ze sie pije na wyjazdach to zadna nowosc. Do Brukseli czy do Schalke to keirowcy musieli z nami wytrzymać pare tysiecy kilometrow i tez byly spiecia ze ktos pali z tylu czy caly autokar pije ale jakos mozna bylo porozmawiac i wsyztsko zalatwic. Poza tym do Brukseli przez nasze zabawy w autokarze zlamalismy podlokietnik, oderwali jakas lsitwe czy mocownie na zaslonki

i jakos nas nikt nigdzie nie zostawil.