Spartak Myjava (Słowacja) - ŁKS ŁÓDŹ (nie pamiętam kiedy)
ŁKS Łódź - ??? Gdynia (marzec 97, 6 mecz finału play-off)

Moderatorzy: rzymi, Lisu, Marco

Andrzej Robakowski ( wyjazdy na koszykarki )
E - Od kiedy się to zaczęło ?
AR – To było w 1981 roku, jeździłem na mecze koszykarek zupełnie sam. Dla mnie było ogromnym zaskoczeniem, gdy na którymś meczu spotkałem Wiesia. Mnie to tak zauroczyło i wciągnęło, że byłem gotów jechać za dziewczynami przez całą Polskę. Kluczowe dla mojego fanatyzmu był wyjazd do Wrocławia ( kwiecień 82 ) i zdobycie Mistrza. Nie zaobserwowałem aby jacyś kibice przyjeżdżali do Łodzi albo jeździli tak jak my na wyjazdy koszykarek. Byliśmy pionierami na skalę krajową to był ewenement. Mój pierwszy wyjazd w życiu to oczywiście wyjazd piłkarski do Poznania na Lech 3:1 dla nas ( na stary stadion w Dębcu ).
E – Dlaczego koszykarki ?
AR – Finansowo ŁKS w latach 70 był mocarzem. Zakłady Marchlewskiego dawały spore nakłady finansowe na klub. Jeździłem na mecze piłkarskie ale przyszedł sezon 1981/82. Koszykarki zaczęły wygrywać wszystko, no i te pamiętne mecze ze Ślęzą. Uroda koszykarek, niesamowita ambicja i wola walki, brak układów czyli w większości zaprzeczania piłki nożnej. To było tym bodźcem. Piłkarze mieli wszystko, a mimo to graliśmy w środku tabeli. Dziewczyny grały bardzo ambitnie. Tego nie dało się dostrzec wśród piłkarzy.
E- Jak wyglądały takie wyjazdy ?
AR – Do Pabianic jeździła około stuosobowa grupa kibiców ŁKS. Z dworca Łódź – Kaliska jeździliśmy na te mecze pociągiem. Na pozostałe jeździłem sam. Bardzo często na meczach gdy grał ŁKS brakowało biletów, dlatego też czekałem aż przyjadą dziewczyny i z nimi jakoś udawało mi się wejść. Po jednym z wyjazdów do Poznania na AZS, powrót z koszykarkami i nawet trochę alkoholu było z dziewczynami. Wszystko było za nasze pieniądze nikt nas nie wspierał. Początek lat 80 był ciężki w kraju, ja pracowałem na masarni, a więc miałem dostęp do chodliwego towaru jakim było mięso. Wielokrotnie za to mięso jeździłem na mecze.
E – Problemy na wyjazdach ?
AR – Tylko w Pruszkowie byliśmy zmuszeni do ucieczki na parkiet gdy Legioniści zaczęli nacierać na nas. To był ten sam czas gdy zginął nasz Mariusz. W sobotę była informacja o tym tragicznym wypadku, a my mieliśmy dzień później grać właśnie w Pruszkowie. Wielokrotnie na meczach koszykarek była śpiewana Ballada o Mariuszu. Zdecydowana większość wyjazdów była przyjemna, zwłaszcza że w wielu rejonach kraju mieliśmy zgody. Poza tym miejscowi często patrzyli na nas jak na dziwaków.
E – Jak długo jeździłeś ?
AR – W sumie od 83 jeździliśmy razem, nawet na Mistrzostwach Europy na Węgrzech w Miszkolcu spotkaliśmy Listkiewicza.
E - Kto dopingował na koszu ?
AR - To byli ci , którzy chodzili na piłkę. Nasz doping wielokrotnie doprowadzał do drgań kosza gdy atakowały przyjezdne na zegar. Tam był nasz młyn. Doping był „zapożyczany” ze stadionu piłkarskiego. Kołatki się nie przyjęły, głównie machaliśmy szalikami i głośno krzyczeliśmy. Wywieszaliśmy jedynie klubowe flagi w barwach b-cz-b. Doping był kulturalny, nie było wulgaryzmów. Było wielu młodych ale proporcje między „starymi” a młodymi były 50/50. Zawsze był komplet, a na ważne mecze trzeba było być 2 godziny przed, niektórzy wychodzili wcześniej z piłki i szli do hali.
E – Działacze – kibice ?
AR – Jedyne osoby, które były nam życzliwe to byli: trener i kierownik drużyny ( Langierowicz i Kalinowski ) Działacze uznawali zasadę jesteście to jesteście a jak nas nie ma to też nic złego. Komunikacji z dziennikarzami nie było. Wiedzieli, że my to my i tyle. Nigdy nie dali nam odczuć, że jesteśmy im potrzebni. Jeśli nic nie wynikało z naszej inicjatywy to nic nie było. Szampan w autokarze to było święto ale zawsze wychodziło z naszej strony nigdy od działaczy.
E – Co z koszem męskim ?
AR – Byłem na kilku meczach, w latach 70 ktoś mnie wyciągnął na mecz ŁKS – Śląsk, wśród gości występował Dariusz Zelik. Do przerwy prowadzili goście różnicą ponad 20 punktów. Mieliśmy takiego zawodnika jak Walewski, który rzucił ponad 20 punktów ze swojej klepki i wygraliśmy ten mecz.. Doping był zrywami raczej nic zorganizowanego nie było.
E – Prywatne spotkania z koszykarkami.
AR – Kilka razy zdarzyło się mi bywać na „prywatkach” z koszykarkami. Szkoda, że działacze nie organizowali żadnych spotkań. Oni byli jak tacy panowie mający kibiców w głębokim poważaniu. Jedynie na stopie prywatnej udawało się spotkać z dziewczynami. Nigdy bezpośrednio po meczu. Z dziewczynami biliśmy blisko z piłkarzami była zawsze bariera poza tym nie czuło się takiego zaangażowania jak u koszykarek.
michalo pisze:albo że Pan Wiesio był ogólnopolskim pionierem, że zasuwał z koszykarkami na prywatki i do tego fundusze na mecze wyjazdowe zdobywał ze sprzedaży miesa na lewo...nieźle:)
Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości