22-letnia Koc była bohaterką meczu z Polkowicami, kiedy to jej rzuty w ostatnich sekundach przesądziły o zwycięstwie
Pochodzisz z koszykarskiej rodziny, właściwie byłaś skazana na tę dyscyplinę.
- Z koszykówką jestem związana od dzieciństwa, poza tym byłam zawsze najwyższa w klasie. Jednak jeszcze niedawno bardzo ciągnęło mnie do skoku wzwyż. Na pierwszych zajęciach z tej dyscypliny na AWF-ie, po oddaniu pierwszego skoku w życiu, pani profesor zapytała, kto mnie wcześniej trenował. Podobno mam duże zdolności w tym kierunku. Na pewno pomaga mi też moje 186 centymetrów i duża skoczność.
Koszykówka sprowadziła cię do Brzegu. Początki były trudne?
- Było mi bardzo ciężko odzwyczaić się od mieszkania z rodziną. Przedtem nie musiałam się o nic martwić. Tutaj nie dość, że przyjechałam na drugi koniec Polski, to musiałam się błyskawicznie nauczyć gotować. Ale radzę już sobie całkiem nieźle. Musiałam też podjąć trudną decyzję o przerwaniu studiów. Różnice programowe między AWF Warszawa a AWF Wrocław są za duże, żebym mogła kontynuować tu naukę na trzecim roku, a rozpoczynać studiów od nowa nie chciałam.
Jednak klub rezygnując z Pauliny Dąbkowskiej, pozostawił Cię już bez współlokatorki.
- Po wyjeździe "Puszka" zostałam sama w dużym mieszkaniu. Ale zaprzyjaźniłam się z innymi dziewczynami i one mi teraz bardzo pomagają. Poza tym mam stałe łącze z internetem, więc nie nudzę się wcale. Robię prawo jazdy i to też pochłania trochę wolnego czasu.
A jak wspominasz początek sezonu?
- To było koszmarne przeżycie. Potrzebowałyśmy czasu i spokoju, żeby się zgrać, a czytając opinie w internecie po przegranych meczach, można się było załamać. Teraz myślę, że jakbym się przejmowała tym, co pisano wtedy o Cukierkach i o mnie, to raczej już by mnie tu nie było. Porażki kształtują charakter zawodnika. Trzeba je przyjmować z podniesionym czołem i starać się poprawiać swoje błędy.
Ostatnio jednak wygrywacie mecz za meczem, a Ty byłaś niedawno bohaterką ważnego spotkania z Polkowicami, w którym Twoje rzuty wolne w ostatnich sekundach dały zwycięstwo Odrze.
- Bałam się przed tym meczem, bo wcześniejsze dwa zagrałam bardzo słabo. Nie chciałam brać na siebie ryzyka rzucania, więc starałam się grać tak, by jak najlepiej przysłużyć się koleżankom. W połowie meczu podszedł do mnie nasz doktor i podniósł na duchu. Ta rozmowa mi pomogła uwierzyć we własne możliwości i zagrać tak, jak potrafię.
Zawsze podkreślasz, że wasza dyspozycja we własnej hali jest ściśle powiązana z kibicami. Oni też Cię bardzo lubią. Ostatnio nawet śpiewali Ci po zakończeniu meczu "sto lat" z okazji imienin. Skąd Twoja tak wielka sympatia do nich?
- Grając prawie całą pierwszą rundę na wyjeździe, nie wiedziałam, czego się można spodziewać po kibicach, gdy wrócimy wreszcie do grania w Brzegu. Od pierwszego meczu byłam bardzo pozytywnie zaskoczona. Oni naprawdę nam pomagają i świetnie jest wygrywać dla nich.
Po wygranym meczu w Gorzowie jedliśmy kolację w przydrożnym zajeździe i kibice do nas dołączyli. Szybciej skończyłyśmy jeść, więc wyjechałyśmy chwilę przed nimi. Zapomniałam kurtki w zajeździe, ale kibice ją zabrali. Umówiliśmy się telefonicznie na jej oddanie na następnym postoju. Spodziewałam się, że mogą być jakieś problemy, i faktycznie - chłopcy postawili warunek. Chcieli zatańczyć i zaśpiewać ze wszystkimi zawodniczkami, ale było już późno i bardzo zimno i jakoś wynegocjowałam dobrowolne oddanie kurtki.
Rozmawiał Adam Konarski Gazeta Wyborcza




