Jak doszło do wypadku? Zdaniem Katarzyny Dydek, która jechała z siostrą w oplu, winnym kolizji jest kierowca autobusu.
- Wyjeżdżałyśmy z ulicy Piłsudskiego na zielonym świetle - opowiada. - Na pierwszym biegu. Nagle dostrzegłyśmy pędzący autobus. Kierowca nie zdecydował się hamować. Moim zdaniem przejeżdżał na czerwonym świetle. Tak słyszałam od jednego pasażerów. Nie było szans na uniknięcie kolizji. Samochód jest mocno rozbity, ale na szczęście nam nic się nie stało. Choć gdy przed chwilą rozmawiałam z siostrą, to skarżyła się na bóle kręgosłupa w części szyjnej i lędźwiowej.
- Jest nam bardzo przykro, że doszło do wypadku - mówi z kolei rzecznik prasowy gdyńskiego ZKM, Marcin Gromadzki. - Zdaniem kierowcy autobusu, człowieka z długoletnim stażem i o dobrej opinii, samochód wyjechał z ulicy Piłsudskiego na czerwonym świetle. Autobus, w wyniku zderzenia, wpadł w poślizg i nie chcąc uderzyć w inny pojazd, stojący na pobliskim przystanku, zdecydował się wjechać w podwórko. Z tego co mi wiadomo, autobus jechał z niewielką prędkością. Po pierwsze było bardzo ślisko, a po drugie zbliżał się do przystanku.
Strony mają swoich świadków zdarzenia. Sprawa na razie jest wyjaśniana przez policję, a jej finał prawdopodobnie rozstrzygnie się przed sądem grodzkim.
Kuba Staszkiewicz, Janusz Woźniak - Dziennik Bałtycki





