No to czas jeszcze na moja krótka relacje z dwudniowego wypadu za miasto. W paru miejscach zapewne powtórzę pewnie to co napisali już moi poprzednicy, ale postaram się dodać tez coś nowego. A pisać w sumie jest o czym bo obok sporej dawki normalnych rzeczy które się w Polkowicach wydarzyły, pojawiły się też elementy mocno niespodziewane.
Pierwsza rzecz co by nie mówić zaskakująca miała miejsce oczywiście na godzinę przed spotkaniem nr 1. Trudno było bowiem oczekiwać że czekając grzecznie przed wejściem do hali będzie sie świadkiem ostatniego - przyjemniej na jakiś czas - wyjścia z niej Winnickiego. Ślimak polkowicki obiekt opuszczał wyraźnie wkur.. (przepraszam za słowo, ale jest bardzo adekwatne w tym miejscu) co tez jest rzeczą raczej dość rzadko spotykaną. Na odchodne rzucił osobom stojącym przed wejściem mocne "do widzenia" które jednak brzmiało jednak raczej jak "żegnam". (btw.. pewnie nie można wykluczyć ze akurat zamiast się z nami żegnać to powinien się raczej witać, w końcu stało tam akurat więcej osób z Krakowa niż Polkowic.. ) Takie jego zachowanie od razu wymusiło jakieś mniej lub bardziej dowcipne uwagi na temat tego że pewnie właśnie Miłek mu podziękował.. kilka minut później okazało się ze tym razem okazały sie ona strzałem w dziesiątkę. Od razu tez raczej jasnym się stały przyczyny takiej decyzji. Z reguły na święcie tak jest, że gdy nie wiadomo o co chodzi ot chodzi o pieniądze. W Polkowicach jest nieco inaczej, no chyba że przyjmiemy że tam waluta jest jedna Waleija.
Tak czy inaczej cała ta sytuacja była może nie tyle skandaliczna, co mocno żenująca. Juz zwolnienie rok temu Jozka w takim a nie innym momencie było przejawem zarówno braku kultury jak i "sportowej" logiki. Ale wówczas można było szukać jakiś sensownych uzasadnień takiej decyzji - w końcu nastąpiło niemal od razu po przegranym w fatalnym stylu spotkaniu, po którym nasza sytuacja uległa wyraźnemu pogorszeniu. A tutaj sytuacja była odwrotna: nie dość że Polkowice akurat ostatnim meczem wróciły do gry, to zwolnienie nastąpiło na moment przed kolejnym kluczowym starciem.. Sytuacja chyba bez precedensu pokazująca niestety po raz kolejny że nasza liga (jak i cała koszykówka kobiet) ma z profesjonalizmem niewiele wspólnego. Nasuwa sie na myśl od razu powiedzenie o słomie i o butach, tym bardziej będące na miejscu gdy sie weźmie pod uwagę biznes dobroczyńcy klubu.. Nie mogę też pozbyć sie wrażenia ze czuje sie on takim współczesnym odpowiednikiem dolnośląskich książąt piastowskich.. panem, władca i dobroczyńca miasta, którego zdanie i wola jest w tym mieście - a przynajmniej w tym klubie - prawem. Cóż, wielu już takich było co mieli i róg złoty i z piór czapkę a na końcu ostał im sie ino sznur.
Dobra, wystarczy juz o pomarańczowym magnacie. Dla mnie istotniejszym było wówczas pytanie, jak ta zmiana na stołku trenerskim może wpłynąć na losy finałowej rywalizacji, a odpowiedz na nie bynajmniej nie była jednoznaczna. Oczywiście odejście Winnickiego uważałbym za spore osłabienie dla Polkowic, ale wówczas gdyby nastąpiło ono np 2 tyg temu. Teraz byłem przekonany ze zawodniczki juz i tak świetnie wiedza co maja grac i że o ile Szewczyk nie ulegnie presji Musiny to wcale nie musimy na tym zyskać, bo u rywalek może sie pojawić dodatkowa motywacja do walki. Zysk z tej zamiany dla nas mógł sie pojawić natomiast dopiero wówczas, gdybyśmy byli w stanie zmusić rywalki do tego by musiały odejść od swojej taktyki, lub w ewentualnej nerwowej końcowe, a wiec w tych momentach w których najwyraźniej objawiają sie zarówno umiejętności jak i charakter trenera. Niestety w meczu środowym nic takiego nie miało miejsca.
Pierwsza polowa był do bólu normalna. Walka, walka, walka a polotu jak na lekarstwo. Niby na początku odskoczyliśmy na parę punktów, ale jednak czuć było ze nie jest to bynajmniej rozstrzygający moment. Normalny był wiec przebieg tej części gry jak i jej końcowy wynik. Całkowicie przewidywalne były tez zmiany Svitka. Najpierw Kaską za Age Szott, potem zmiana podwójna - Paula + Zane za Kryskę i Justyne, a na końcu amerykańska rotacja na SG w efekcie czego początek drugiej kwarty graliśmy jak zwykle niemal drugą piątka, a wiec wówczas szczytem marzeń był jedynie utrzymanie wyniku. Przyznam ze nie rozumiem uporu z jakim nasz trener doprowadza do takiej sytuacje. Nasze zawodniczki rezerwowe nie są aż takie mocne, by granie równocześnie 4 z nich mogle przynieść jakiś pozytywny efekt w takim momencie spotkania..
Normalność w tym meczu skończyła sie w 3 kwarcie a dokładnie rzecz ujmując wraz z punktami Magdy Skorek. To co nastąpiło w następnych minutach wymyka się prawom logiki. Nie ukrywam że gdybym był tzw obiektywnym obserwatorem tego spotkania, czy tym bardziej fanem pomarańczowych to byłbym zachwycony kwarta nr 3. Polkowice dostały takich skrzydeł że grały w ataku niczym Phoenix za sowich najlepszych czasów. Szybko, z fantazja a do tego na nieprawdopodobnej skuteczności.. 35 pkt jakie rzuciły w tej kwarcie zamykało sprawę zwycięzcy spotkania. Doceniając gre rywalek wypada tu jednak tez napisać parę słów i o naszej postawie w tym fragmencie. Nie, to nie to ze wyszliśmy na ta cześć mniej skoncentrowani, czy tez ze nie próbowaliśmy walczyć. To wszystko było, ale brakło opanowania. Gdy Polkowice wpadły w rytm to zrobiliśmy najgorsza rzecz z możliwych - spróbowały iśc na wymianę ciosów co w takiej sytuacji jest ruchem samobójczym. Gdy rywalowi trafia sie taki moment ze wychodzi mu absolutnie wszystko to trzeba grac dokładnie odwrotnie niz my wówczas - spowalniać ge, wymuszać faule, wytracać rywalki z rytmu a nie próbować tańczyć w ich rytmie!. Tyle ze do tego trzeba albo opanowanego trenera albo takowej liderki na placu. A my nie mamy ani tego ani tego. Stefan wziął co prawda czas, ale skoro po nim akcje miała grac nasza najbardziej chaotyczna zawodniczka czyli MCray to mijało sie to z celem. Równocześnie uwidocznił sie wówczas i brak prawdziwego przywódcy na placu, kogoś takiego kto mimo tego ze go rozpiera energia i emocje to jest w stanie nie tylko zapanować nad sobą, ale i uspokoić koleżanki. Kogoś takiego jak dawniej AdF, jak Erin, jak Nicole.. a może przede wszystkim jak taj McWilliams. "Babcia" nie grała u nas długo ale to jej boiskowe doświadczenie oraz szacunek jakim cieszyła sie u koleżanek z drużyny był widoczny gołym okiem. Dziś takiego przywódcy nie mamy. Biorąc pod uwagę pozycje na której gra, z ta rola powinna sie w pierwszej kolejności mierzyć Kryska, ale w środę nie radziła sobie nawet ze sobą. Emocje panowały nad nią bardziej nawet niz nad Svitkiem, a to duza sztuka. Jeśli zawodniczki swoje frustracje wyładowuje bądź to przeraźliwym piskiem po niecelnym dwutakcie, bądź tez kopaniem w butelkę mineralnej to swiadczy ze jeszcze mentalnie nie dorosła do kierowania drużyna.
Negatywów zaobserwowanych np w pracy Svitka w tym meczu było jeszcze parę, ale kluczowym było to ze stoimy nad przepaścią i że jest sporo przesłanek iz następnego dnia uczynimy ten ostatni krok naprzód. I tym co mnie martwiło nie był bynajmniej ten zryw punktowy Polkowic 2 części. Za dużo juz sie w życiu naoglądałem meczów granych przez różne drużyny dzień po dniu, by nie zdawać sobie sprawy że jeżeli w pierwszym meczu jedne z zespołów ma tak skuteczności to sa bardzo małe szanse na to by powtórzył to po 24 godzinach. Natomiast martwiło mnie w dalszym ciągu parowanie organizacji gry w obronie obu drużyn, w której Polkowice biły nas na głowę. Nie jestem zwolennikiem stwierdzenia ze lepiej mądrze stac niz głupio biegać ale uważam ze ważne jest nie tylko to ile sie biega i jak szybko, ale także w którym momencie i w jakim kierunku. A u nas zdecydowanie zbyt często pojawiał sie chaos w tym elemencie. Niejednokrotnie nasze zawodniczki same sobie przeszkadzały próbując w ostanie chwili w dwójkę czy nawet w trójkę dobiec do rzucającej rywalki. A juz najbardziej rzucał mi sie w oczy sposób bronienia przeciwko wejściom rywalek z boku boiska. Tej zagrywki dosc często próbowały oba zespoły, i początek akcji wyglądał bliźniaczo. Zawodniczka z piłką mijała swoja rywalkę (czy to gra 1 na 1, czy po zasłonie - to nie ma znaczenia), wbiegała pod kosz gdzie natrafiała na przeszkodę w postaci wyciągniętych rak podkoszowych co zmuszało ja do odgarnia piłki na obwód. I tu następowała zasadnicza różnica - o ile Polkowiczanki z reguły nie miały problemu z celnym dograniem piłki do koleżanki stającej bądź to na 5-6 metrze na wprost do kosza, bądź też w przeciwległym narożniku o tyle nasze podania lądowały z reguły u rywalek, I to nie dlatego ze nasze podające maja mniejsze umiejętności w tym elemencie, dlatego ze rywalki dużo lepiej blokowały te kierunki podań. kawał dobrej roboty po raz kolejny w tym elemencie wykonywała zwłaszcza Magda Skorek. A u nas tego brakowało, bo jak juz na początku akcji rywalka zaczynała wchodzi pod kosz, to niemal wszystkie nasz panie "stadem" ruszały by jej przeszkodzić odpuszczając swoje pozycje. Druga sprawa ktora napawała mnie niepokojem to zmęczenie naszego zespołu. Nie rozumiem dlaczego w końcówce spotkania, gdy wynik był rozstrzygnięty dalej graliśmy niemal najmocniejszym składem i to na maksymalnych obrotach. Wiem ze męczyły sie wówczas również rywalki (czemu Szewczyk tez trochę większej rotacji wówczas nie dał?) ale przecież można to samo osiągnąć nakazująca taka agresywna gre naszym rezerwowym.
----------------------
Środę pożegnaliśmy w raczej marnych nastrojach, na szczęście w przyrodzie już tak jest ze po burzy przychodzi słońce a po nocy dzień. Reguły od tej zasady sa raczej rzadko notowane, nie inaczej było i tym razem, wraz z czwartkiem pojawiły sie nowe nadzieje a przed kolejnym wejściem na Polkowice hale doszedł tez mały zastrzyk optymizmu, przy czym tym razem dotyczył on osoby do niej wchodzącej a konkretnie sędziego Trawickiego. Nie chce mi się wchodzić w dyskusje czy jest on arbitrem złym czy dobrym, uczciwym czy nie, ale wiem jedno - dla nas z reguły jest bardzo szczęśliwym, a przynajmniej od czasu tych najbardziej pamiętnych finałów z Lotosem. Co prawda jego koledzy wzbudzali u mnie już zdecydowanie bardziej negatywne wspomnienia, ale coz, nie można mieć wszystkiego.
Czwartkowe spotkanie było przebiegało już od początku do końca w sposób zgodny z przewidywaniami. A wie po raz kolejny walka, walka, walka.. Tym razem żadna z drużyn nie zanotowała tak spektakularnego fragmentu jak to miało miejsce dzień wcześniej, wiec o końcowym zwycięstwie zadecydowały niuanse przy czym przynajmniej dwa z nich tez można zaliczyć do wydarzeń niecodziennych, choć juz raczej tylko w perspektywie tej serii finałowej. Pierwszy z nich przypadł na końcówkę 17 minuty spotkania kiedy to na parkiecie pojawiła się Aga Skobel. Wpuszczenie jej przez Svitka ewidentnie nie było manewrem planowanym, a raczej aktem desperacji po nieudanej akcji Agi Szott. Kolejnej amerykanki nie mógł wprowadzić nie robiąc podwójnej zmiany, a pierwsza myśl która przeszła mu do głowy ciągle oddychała na ławce bardzo ciężko po wcześniejszym pobycie na parkiecie. Tak wiec koniec końców palec wskazujący zatrzymał sie na Agnieszce co wprawiło w zdziwienie i nas kibiców, i inne nasze zawodniczki, jak i zapewne ja sama. Na szczęście to zdziwienie nie przełożyło sie negatywnie na jej gre, bo jej wejście od pierwszych chwil poprawiło obraz naszej gry i to pod oboma koszami. Zwłaszcza jej ruchliwość mocno dawał sie we znaki Polkowiczankom, bo od tego momentu zaczęły - chyba po raz pierwszy w serii finałowej - problemy nie tyle z trafianiem do kosza, co z dochodzeniem do czystych pozycji rzutowych. Do przerwy udało nam sie dogonić rywalki i pewnie nawet skończylibyśmy ta cześć z 1 punktowa przewaga gdyby nie kolejna ostatnimi czasy absurdalna sytuacja w naszym zespole. Do konca kwarty pozostawało kilkanaście sekund, piłkę miały rywalki, za to u nas na koncie były zaledwie dwa przewinienia osobiste. Mozna było spowolnić dwukrotnie akcje rywalek bez - przynajmniej w teorii - większych konsekwencji. Ta sytuacje dostrzegła nasza ławka (a konkretnie to chyba Paula) i zaczęła krzyczeć do pan przebywających na placu by faulowały. Niestety efekt okazał sie przeciwny do zamierzonego - Kryska chyba tego nie usłyszała, bo dość łatwo wpuściła Skere pod kosz, natomiast Jantal była chyba tak zaabsorbowana ta myślą ze ma faulować, ze zrobiła to w sposób najgorszy z możliwych - tzn chwytając niemal Skere od tyłu co skończyło sie oczywiście jak najbardziej słusznym faulem niesportowym.. Jestem przekonany ze gdyby próbowała blokować "normalnie", to z tej akcji wiele by nie wyszło.
W przerwie meczu jak to zwykle bywa wiele ciekłego sie nie wydarzyło, ale jednak i wówczas można było zaobserwować dość nietypową sytuacje, tzn rozgrzewkę Polkowiczanek w okrojonym o jedna - wiadomo która - postać składzie. Nie jest sytuacja normalną gdy zawodniczki przed kolejna częścią gry naradzają sie i motywują, a jedna z nich dopełni po chwili wychodzi z szatni nie biorąc wcześniej w ogóle udziału w rozgrzewce..
Na początku 3 kwarty trochę lepiej wyglądały miejscowe. Ich gra nie była tak porywająca jak w analogicznym okresie dzień wcześniej, ale mimo to dość łatwo odskoczyły na 6 punktów, i miały świetna okazje aby ta przewagę jeszcze powiększyć bowiem na linii rzutów osobistych stanęło Musina. I właśnie wówczas nastąpiła ta druga niespotykana w tym dwumeczu sytuacja. Polkowiczanka nie trafiła ani razu co było ewenementem. Dzień wcześniej pomarańczowe spudłowały tylko raz na 15 prób, i to wówczas gdy było już "po meczu", a w czwartek te pudła tez były jedynymi. Dodatkowo w kolejnej akcji znow Walerija przyszła nam z pomocą, faulując w dość łatwej sytuacji Quigley, a ze był to juz 5 faul miejscowych to Alli stanela przed szansa nadrobienia 2 punktów z lini rzutów osobistych i z okazji tej skwapliwie skorzystała. tak wiec w ciągu paru sekund zamiast 8 punktów przewagi zrobiło się juz tylko +4. I jak dla mnie to był właśnie ten drugie "mały" kluczowy moment tego meczu. Do końca kwarty Polkowiczanki były już całkowicie zablokowane, dzięki czemu po tej części gry znów na tablicy.
A czwarta kwarta? na początku akcje kosz zo kosz, potem chwila obustronnego przestoju bez punktów, az wreszcie po rzucie Lavender po raz pierwszy od dłuższego czasu wyszliśmy na prowadzenie, którego jak się potem okazało już nie oddaliśmy. I w tej końcówce w mojej opinii zabrakło Polkowicom Winnickiego. Miejscowe sie zablokowały, ich akcje zaczęły wyglądać rozpaczliwie, i wyraźnie bylo widać ze brakuje im jakiegoś sensownego pomysłu na gre. Najlepiej obrazują to dwie bliźniacze sytuacje, gdy powyradzały piłkę zza kosza mając każdorazowo juz tylko sekundę na oddanie rzutu. Obie akcje były zagrane identycznie, obie na ta najbardziej prawdopodobna opcje czyli Snell. Trudno mi uwierzyć ze Winnicki by do tego dopuścił.. tak samo jak jestem pewien ze np w końcówce, gdy Polkowice musiały faulować 3 razy z rzędu nieściągnięcie pan zagrożonych faulami.
Podsumowując - wróciliśmy wczoraj z dalekiej podroży, po meczu który wreszcie był taki jaki powinien - tzn emocje były niemal do ostatnich akcji. U nas najlepsza - mimo kilku niepotrzebnych strat - jak zwykle Lavender, docenić tez trzeba super ważne punkty i to zdobywane z niełatwych pozycji Justyny w 4 kwarcie, ale jak dla mnie cicha bohaterką tego meczu była jednak Aga Skobel. Nie jest łatwo po kilku spotkaniach które ogląda się tylko z ławki wejść do gry w tak kluczowym momencie nawet nie tyle meczu co sezonu i swoja gra tak mocno przyczynić się do zmiany sytuacji na parkiecie a jej sie to udało. Plus tez dla Svitka za to ze w 3 kwarcie odszedł do swojej tradycyjnej kolejności jeśli chodzi o zmiany, a to ja wpuścił jako pierwsza, Aga tego meczu nie wygrała, ale do tego zwycięstwa mocno sie przyczyniła Dodatkowym plusem jej obecności na placu było to, iz nie zaszła konieczność robienia podwójnej zmiany z Paula. Dzieki temu mogliśmy niemal cały czas grac swoja najmocniejsza zagraniczna trojka tj z Lavender, Quigley i Kryska, ktora tym razem juz zdecydowanie lepiej trzymała nerwy na wodzy (poza ta akcja w końcówce gdzie dała się sprowokować Magdzie Skorek)
W niedzielę mecz nr 5. Pewnie będzie tłoczno na hali, pewnie 'gorąco'. Pewnie znów będzie walka o każdy centymetr parkietu, pewnie Polkowice będą trafiać z dystansu lepiej niz w czwartek lecz gorzej niz w środę. Pewnie tez swa szanse szybciej otrzyma Skobel, choc tym razam ciężko będzie jej az tyle wnieść do gry co wczoraj. A kto wygra? Się zobaczy

Ciut więcej szans daje nam, ale tak 51 do 49.
PS. Rozumiem ze się śpiewa "idźcie do domu.." gdy rywal zostaje upokorzony. Ale gdy właśnie wygrał zrywając sie ze stryczka i osiągnął swój cel jakim właśnie ten powrót do domu był, tego już nie pojmuje a równocześnie moge zapewnić ze zapewne nikt z "krakusów" zostawać w Polkowicach na dłużej nie zamierzał

ps2. Tak żeby nie było ze nam się tam krzywda działa: poza tym przejawem imo frustracji, i jakimiś pojedynczymi osobnikami mającymi za sobą zapewne ciężki dzieciństwo atmosfera była w stosunku do nas jak najbardziej ok, biorąc od uwagę stawkę meczu.
... tysiące przejechanych kilometrów ... setki przegadanych godzin .. dziesiątki odwiedzonych miast, stadionów i hal ... jedna trójkolorowa pasja ...